niedziela, 4 marca 2018

Brat i siostra (fińska)

Byli sobie raz, dawno, dawno temu, w małej leśnej chatce mąż i żona z dwojgiem dzieci, chłopcem i dziewczynką.
Bidna to była chatka. Mieszkańcy jej nie mieli innych zwierząt domowych oprócz łaciatego kota i kozy, co miała rogi i brodę, którą wszędzie wściubiała. Jednakże wiodło im się jakoś, póki zdrowi byli rodzice. Później wszak przeszło nad krajem morowe powietrze i uśmierciło ojca i matkę.
Dzieci opłakiwały rodziców przez jakiś czas i pochowały ich na podwórku pod jarzębiną.
Po czym zaczęły dzielić między sobą spadek. Nie miały tam zbyt wiele do podziału – chatka bowiem była całkiem spróchniała, a zagonki były takie kamieniste, że dzieci postanowiły pójść w świat poszukać szczęścia. Do podziału zostały zatem kot i koza. Żadne z nich nie pragnęło mieć kota, myślały bowiem, że nie będą mieć z niego w drodze żadnej pomocy i trzeba go tylko karmić; natomiast koza znajdzie sobie pożywienie w rowie przydrożnym i można od niej dostać kapkę mleka.
Gdy kot zobaczył, że ma się odbyć podział spadku, przyszedł, jął się ocierać grzbietem o łydkę chłopca i zamiauczał:
- Weź mnie; nie przepadniesz, jeśli mnie wybierzesz.
„Słusznie” – pomyślał chłopiec i rzekł do siostry:
- Biorę kota, a ty weź sobie kozę. Skoro teraz pójdziemy w świat i wesprzemy się nawzajem, to z pewnością znajdzie się i szczęście.
- Zróbmy tak – rzekła dziewczynka. – Skoro ty mi pomożesz, to i ja ci dopomogę.
Chłopiec wziął do mieszka po nieboszczyku ojcu cztery płaskie kręgi chleba i trochę solonej ryby. Były to zresztą wszystkie zapasy, jakie pozostały w chatce. Zarzucił mieszek na plecy i przytroczył sobie do pasa nóż ojca.
Rodzeństwo zamknęło na kłódkę drzwi rodzinnej chatki. Uklękli na chwilę przy grobie rodziców i pomodlili się o spokój dla zmarłych i o szczęście dla siebie.
Poszli przed siebie. Dziewczynka uwiązała kozie na szyi powrózek i pasła ją. Kot biegł przodem z podniesionym jak świeca ogonem i wskazywał drogę.
Gdy dzieci uszły już trzy dni drogi, skończył się im chleb i ryba. Głód skręcał im kiszki i trafiły na nie zamieszkałe pustkowie, tak że nawet nie mogły prosić ludzi o pomoc.
Dziewczynka jęła się żalić i narzekać na brata, że w ogóle poważył się na taką wyprawę. Chłopiec zaś się domagał, by zarżnąć kozę i zjeść ją. Ponieważ nie miały innego wyboru, poświęciły kozę i upiekły jej mięso na ognisku.
Wyruszyły w dalszą drogę, trzy dni wędrowały, aż trafiły do pięknej doliny między zielonymi wzgórzami. Pośrodku doliny biło czyste źródło, a wokół niego rozpościerał się wielki ogród, w którym rosły setki rozmaitych drzew owocowych. Gałęzie ich uginały się do ziemi pod ciężarem cudownych owoców i dzieci najadły się do syta gruszek, jabłek, śliwek i wisien. Po najedzeniu położyły się na łączce na odpoczynek i osądziły, że jest to naprawdę szczęśliwy zakątek i że warto by tutaj zamieszkać.
Ale w tejże chwili zakołysała się ziemia i wielki jak góra stary olbrzym z łoskotem wbiegł do ogrodu.
- Zjem was! – zahuczał. – Jakeście się znaleźli w moim ogrodzie, do którego od stu lat nie zbłądziła żadna ludzka noga?
Dzieci wprawdzie przestraszyły się okropnie, ale chłopiec nabrał animuszu, popatrzył prosto w oczy olbrzyma i rzekł:
- Proszę cię, nie jedz nas jeszcze dzisiaj. Utucz nas wpierw przez jaki tydzień, byśmy nabrali trochę ciała. Widzisz przecie, że pozostały z nas tylko skóra i kości, bośmy się nacierpieli głodu.
- Rzeczywiście, wyglądacie chudzi jak patyki – przytaknął olbrzym. – Najadajcie się tutaj darami mojego ogrodu, pamiętajcie wszakże, byście nie próbowali uciekać.
Brat i siostra pozostali w ogrodzie olbrzyma, bo nie mieli innej rady, ale każdego dnia naradzali się, jak by tu uciec.
Olbrzym miał konia, dziarskiego gniadosza. Chłopiec czesał grzywę koniowi i odpędzał bąki, które mu dokuczały. Rychło się z nim zaprzyjaźnił.
Razu pewnego, gdy olbrzym spał pod jabłonią, chłopiec poprosił konia, żeby dopomógł mu i jego siostrze w ucieczce.
Koń wahał się z początku, ale gdy olbrzym zachrapał tak, aż ziemia się zatrzęsła, rzecze:
- Siądźcie na moim grzbiecie, to spróbujemy ucieczki. Choćby mi śmierć grozić miała, przyjdę wam teraz z pomocą.
Brat i siostra wraz z kotem wdrapali się na grzbiet konia i rumak ruszył z kopyta. Pędził tak, aż ogon rozwiewał mu się w powietrzu, ale niebawem rozległ się za nimi gwałtowny tupot. To olbrzym się zbudził i teraz dopędzał ich wielkimi krokami z niesamowitą szybkością.
Koń biegł za wolno. Olbrzym złapał go za ogon i zabił uderzeniem o skałę.
- Ludzkie dzięciołki! – wrzeszczał olbrzym. – Próbowaliście mi umknąć, w mig was wsadzę do gęby!
- Nawet na ząb nas nie wystarczy – wykręcał się chłopiec. – Zjedz za to konia, bo jest wystarczająco tłusty.
Olbrzym, niewiele myśląc, uraczył się końską pieczenią.
Pilniej niż dotąd strzegł obecnie dzieci w ogrodzie, zachęcał je, by się najadały i sprawdzał, jak zaokrąglają im się policzki. Zdawało się, że nie ma już nadziei na ucieczkę, aż pewnego razu chłopiec zwrócił się do kota i tak go zapytał:
- Czy wiesz, Mruczku, jak moglibyśmy się stąd wydostać?
- Czy zauważyłeś – kot na to – że wielki orzeł przylatuje tutaj napić się ze źródła. Spróbuj go namówić, by nas uratował.
Gdy orzeł zniżył lot, by napić się ze źródła, podszedł do niego chłopiec i zaczął błagać o ratunek.
- Nic wielkiego – odparł orzeł. – Wejdźcie tylko na mój grzbiet wszyscy troje. Chętnie was uniosę z tych krajów. Nie przytrafi mi się to, co owemu nieborakowi gniadoszowi, bo na szczęście ten arcydrągal nie ma skrzydeł.
Olbrzym odprawiał w najlepsze drzemkę poobiednią i tak chrapał, aż się ziemia trzęsła. Orzeł razem z dziećmi i kotem wzbił się w niebo. Jednakże w tej samej chwili olbrzym się ocknął. Nie tracąc czasu chwycił potężny łuk i zestrzelił orła spod obłoków.
Dzieci wraz z kotem ocalały przy upadku. Olbrzym natomiast się chełpił:
- Widzicie teraz, że ode mnie nie ma ucieczki. Najedzcie się, byście byli grubi, dłuży mi się już to oczekiwanie!
Olbrzym w swojej dolinie miał również wołu – wielkiego, czarnego i rogatego. Nudziło mu się w samotności więc pewnego dnia przyszedł do brata i siostry i tak powiada:
- Patrzyłem, jakeście dwukrotnie próbowali stąd ucieczki. Wiedzcie zatem, że stąd da się uciec, jeno zażywszy sposobów.
Chłopca ogarnęła wielka ciekawość i zapytał:
- Jakież to są sposoby?
Wół na to:
- Jako że sam zwykłem wychodzić na inne pastwiska, przeto mogę ci doradzić. Idź do zamku olbrzyma w czasie, gdy śpi. Wejdź wprost do komory za sienią, a tam w kącie znajdziesz skrzynię. Wyjmij z niej gałąź drzewa, szary kamień i cynową manierkę z wodą.
Gdy olbrzym położył się na drzemkę poobiednią, chłopiec postąpił, jak mu radzono i znalazł w komorze zamku olbrzyma gałąź, kamień i manierkę. Dzieci i kot wdrapały się na grzbiet wołu, który zaczął galopować, jak gdyby giez go uciął.
Jednakże rychło dał się słyszeć łoskot i zakołysała się ziemia.
- Gospodarz zbudził się znienacka i pędzi za nami – rzecze wół. – Rzuć, chłopcze, gałąź na drogę.
Chłopiec rzucił za siebie gałąź. We mgnieniu oka wyrósł z niej taki gęsty i wysoki las, że nawet ptak nie mógłby przezeń przelecieć. I tak rozprzestrzenił się ten las w obie strony, że ani mowy nie było o tym, aby go obejść.
Olbrzym nie miał innej rady, jak wrócić do domu i poszukać siekiery, żeby wyrąbać nią przejście w lesie. W pocie czoła torował sobie ścieżkę przez las. Po przebiciu się wsadził w pień siekierę i jął ścigać ich dalej. Wówczas to podbiegł lis o spiczastym pysku i rzecze:
- Ukradnę ci siekierę, skoro ją na pniu zostawisz.
- Nie zostawię mojej jedynej siekiery na zatracenie! – zawołał olbrzym i piorunem zaniósł siekierę do domu.
Uciekinierzy zdążyli się już wysforować daleko, daleko do przodu. Jednakże gdy olbrzym pognał za nimi z całej siły, rychło ich zobaczył.
- Rzuć za siebie ten szary kamień – doradził chłopcu wół.
Chłopiec usłuchał rozkazu i kamień urósł w szarą, wysoką górę. Olbrzym biegł z takim rozpędem, że nie mógł od razu się zatrzymać, tylko gruchnął łbem o zbocze góry i poleciał na łeb, na szyję. Gdy się ocknął i przyjrzał się górze zobaczył, że nie da się ona wierzchem przesadzić, ani obejść dookoła.
Nie miał innej rady, jak wrócić do domu i poszukać młota, by z jego pomocą wykuć chodnik w skale.
Olbrzym walił potężnym młotem w skałę, aż iskry deszczem leciały, ale długo trwało, nim powstał wąwóz, którym dałoby się przejść. W końcu jednak otwarła się droga, olbrzym rzucił młot na ziemię i znów wszczął pościg. A tu już na miejscu zjawia się lisek przechera i powiada:
- Dobrze, bardzo dobrze, że rzucasz swój młot na los szczęścia. Bardzo potrzebowałem młota i wreszcie będę go miał!
Olbrzym nie ważył się zostawić młota lisowi przecherze, lecz znów piorunem zaniósł go do domu.
Bieganie tam i na powrót dało mu się we znaki i wół miał dosyć czasu, by odbić się jeszcze dalej. Jednakże olbrzym nie dawał za wygraną, lecz jeszcze zawzięciej doganiał zbiegów. I rychło znów dostrzegł wołu i dzieci.
- Znowu nadbiega – ozwał się wół, słysząc łoskot za sobą. – Odkorkuj tę cynową manierkę i rzuć za siebie – zachęcił chłopca.
Ten zrobił, co mu kazano i wnet za zbiegami rozlało się morze – szerokie i głębokie. Olbrzym próbował przebrnąć przez nie, ale wkrótce pogrążył się w wodzie po szyję.
- Wypiję, wypiję cię do dna! – zaryczał z wściekłości, rozłożył się plackiem na brzegu i zaczął pić. Po wypiciu połowy morza olbrzym nabrał tchu i rozejrzał się dokoła. Ma się wiedzieć, lis przechera znowu zjawił się w pobliżu! Siedział na pieńku i gładził w zamyśleniu wąsiki.
- Pękniesz, jeżeli nie obwiążesz się paskiem – powiedział.
- Słusznie mi radzisz – rzekł olbrzym, poszedł w zarośla i okręcił sobie mocne obręcze z wierzbowych witek dookoła brzucha.
Znowu zaczął pić morze aż do dna i kto wie – może powiodła by mu się ta próba, ale lis się podkradł i przeciął zębami obręcze. Wtedy to z hukiem pękło cielsko olbrzyma i wyzionął ducha. Pozostał leżący na brzegu morza a lisy, niedźwiedzie i wilki miały teraz w bród żeru na długi czas.
Tak brat i siostra z pomocą wołu i lisa wydostali się z pazurów olbrzyma. Jednakże wół utrudził się do szczętu owym gwałtownym biegiem. Przestał biec, wlókł się noga za nogą, wreszcie rzekł do chłopca:
- Zaraz padnę i wyzionę ducha. Pochowaj mnie godnie, ale zachowaj sobie moje rogi. Gdy kiedykolwiek znajdziesz się w opałach, zakołacz rogiem o róg, a ja przybędę ci na pomoc.
Powiedziawszy to upadł i wyzionął ducha. Chłopiec wyciął z łopatki wołu mięso na zapas i schował jego rogi do plecaka. Po czym pochował wołu.
Brat i siostra ruszyli teraz w dalszą drogę. Wieczorkiem chłopiec rozniecił ognisko i upiekł mięso wołu. Rodzeństwo najadło się do syta i kot też dostał swoją porcję.
Również błądzący po lesie pies-włóczęga poczuł swąd pieczeni i przybiegł prosić o jadło. Dziewczynka chciała go precz odegnać i cisnęła w niego kijem. Chłopiec zaś psa nakarmił i pogłaskał.
Rankiem znowu ruszyli w podróż i teraz pies był im przewodnikiem. Po niedługim czasie rodzeństwo przybyło do nader okazałego zamku, zbudowanego z połyskliwej miedzi. Sztachety otaczające zamek kute były ze srebra.
Oboje w niepewności przystanęli na dziedzińcu zamkowym. Kto wie, czy odważyliby się wejść do środka, ale gdy pies i kot poszli przodem, udali się za nimi.
Brat z siostrą weszli do kuchni zamkowej. W kącie jej stała skrzynia okuta żelazem. Kot parsknął, pies zawarczał i obydwa drapały pazurami i zębami skrzynię, ale chłopiec kazał zwierzętom pójść pod ławę.
Rodzeństwo zajrzało do drugiej komnaty. Pośrodku niej uginał się od smakołyków nakryty na dwie osoby stół. Usiedli więc przy nim i powieczerzawszy zbadali również inne zamkowe komnaty. W sypialni mieściły się dwa łoża, jak gdyby dla nich przeznaczone. Postanowili przespać się na nich, ale wpierw obeszli sale zamkowe świecące od srebra i połyskujące złotem. Chłopiec trafił nawet do zbrojowni, w której znajdowały się strzelby i pistolety, miecze i włócznie oraz inna rycerska sprawa.
- Dziwny to zamek, w którym nie widać śladu gospodarzy – zastanawiał się chłopiec.
- Ale to wszystko jest jak gdyby dla nas zbudowane – rzekła dziewczyna. – Tutaj na pewno znajdziemy nasze szczęście, zamieszkajmy tutaj.
Chłopiec poszedł zaryglować na noc srebrne wrota. Gdy przechodził przez kuchnię, pies i kot znowu rozjazgotały się na skrzynię okutą żelazem.
- Cóż to za dziwo może się w niej mieścić? –głowił się chłopak i próbował otworzyć skrzynię. Jednakże nie dała się otworzyć, była bowiem mocno zatrzaśnięta.
„A niech tam”! – pomyślał chłopiec, zapędził psa i kota pod ławę i przestrzegł je, by były cicho.
Noc przeszła spokojnie. Skoro świt, chłopiec udał się do zbrojowni i wybrał sobie najlepszy sztucer, kordelas i róg myśliwski, po czym obiecał zapolować na ptaki. Zagłębił się w las a pies i kot poszły jego śladem.
Gdy tylko chłopiec zniknął w leśnym gąszczu, otwarła się w kuchni skrzynia okuta żelazem. Wyszedł z niej pan srebrnego zamku, Zły we własnej osobie. Nie był to żaden szpetny ogoniasty kuternoga. Przybrał postać pięknego młodziana; nawet rogów nie pokazywał, jako że przykrył je gęstą czupryną.
Zły oświadczył dziewczynie, że jest panem tego zamku i poprosił, by raczyła zostać jego żoną, dziedziczką zamkową.
Dziewczyna we mgnieniu oka zadurzyła się w przystojnym brunecie i umyśliła sobie, że nieźle byłoby zostać panią na tym świetnym siedlisku.
- Ale co na to mój brat? – zawahała się dziewczyna. – Co powie o tym zamążpójściu? A może pozazdrości mi szczęścia?
- Ani chybi ci pozazdrości – podpowiedział Zły. – Szczęście nasze będzie zagrożone, póki nie usuniemy z drogi twego brata. Najlepiej byłoby, gdybyś zadźgała go nożem.
- Nie, chyba tego zrobić nie zdołam – wymawiała się dziewczyna.
- Ani ja nie zdołam tego uczynić – rzecze Zły. – Kot i pies chodzą zawsze śladami twojego rata. Nie śmiem się pokazywać, gdy twój brat i te zwierzaki się tu włóczą. Dlatego też musimy usunąć stąd twego brata. Jak myślisz, czy zrobiłby on wszystko, co w jego mocy, gdybyś na przykład zachorowała?
- Pewnie, że wszystko by dla mnie poświęcił – stwierdziła dziewczyna.
- No to uczyń tak – rzecze Zły. – Gdy twój brat przyjdzie z lasu, udaj, że jesteś chora i że grozi ci rychła śmierć. Powiedz, że wydasz ostatnie tchnienie, jeżeli nie dostaniesz jako lekarstwa mleka wilczycy. Powiedz, że przyśniło ci się, że o „psie szczekanie” stąd w skalnym rumowisku mieszka wilczyca, u której można dostać mleka. Twój brat wybierze się niechybnie na poszukiwanie mleka, a wtedy wilki zgładzą go ze świata.
- Dobrze – odpowiada dziewczyna i obiecuje zrobić tak, jak jej Zły doradził.
Róg myśliwski chłopca zagrał na dziedzińcu i Zły czmychnął do skrzyni. Dziewczyna zaś rzuciła się na łóżko i udała, że jest bardzo chora.
Gdy chłopiec usłyszał pojękiwanie siostry i dowiedział się, o co chodzi, wnet gotów był wybrać się na niebezpieczną wyprawę po mleko wilczycy.
Pośpieszył wprost do wilczej jamy, a pies i kot podążyły jego śladem. Prędko przebyli drogę i dotarli do jaskini, przed którą ogromna wilczyca karmiła swoje szczenięta.
Chłopiec przyklęknął, podniósł swoją fuzję i zmierzył do wilczycy, żeby ją zastrzelić. Wtedy wilczyca dostrzegła chłopca i zawołała:
- Hej, chłopcze, nie strzelaj do mnie, nie czyń moich dziatek sierotami. Wiem dobrze, w jakiej sprawie przychodzisz. Chodź tu tylko, a dostaniesz tyle mleka, że ci wystarczy na lekarstwo.
Chłopiec sporządził skopek z brzozowego łyka i jął doić wilczycę.
- Przyszedłeś do mnie bezpotrzebnie, bo twoja siostra nie jest chora – rzekła wilczyca, gdy skopek był już pełen.
Wyjawiła mu wtedy, o czym już wróble świergotały, jaki to podstęp został uknuty w zamku Złego, ale chłopiec nie dopuszczał do siebie żadnej złej myśli o siostrze.
Gdy już miał odejść, rzekła do niego wilczyca:
- Za to, żeś dobry i nie zabiłeś mnie, oddam ci najstarsze z moich szczeniąt jako towarzysza.
- Jakiejż mi tutaj potrzeba ochrony? – ozwał się chłopiec, jednakże wziął ze sobą w drogę wilczego szczeniaka, gdy macierz wilków zaklęła go pierwej, że we wszelkiej przygodzie bronić będzie chłopca do ostatniej kropli krwi.
Chłopak wrócił ze zwierzętami do miedzianego zamku, napoił siostrę wilczym mlekiem, co rzekomo w mig ją uzdrowiło.
Nazajutrz rano wyszedł ze swoim kotem, psem i wilczyskiem zapolować na ptaki. Wówczas to Zły wydostał się ze swojej kryjówki i jął wespół z dziewczyną obmyślać sposób pozbycia się brata.
- Znów udaj, że jesteś chora – doradził Zły. – Wyślij brata na poszukiwanie mleka niedźwiedzicy. Ta już nie będzie równie życzliwa jak wilczyca, ale rozszarpie ci brata na kawałki.
Dziewczyna zrobiła, jak doradził jej Zły i zaraz po powrocie brata z polowania posłała go do legowiska niedźwiedzicy. Ale nawet niedźwiedzica nie rozszarpała chłopaka, lecz dała mu kubek swojego mleka i najstarszego niedźwiadka jako opiekuna.
Długo teraz Zły głowić się musiał, jak by tu zgubić chłopca. Gdy chłopak znów wyszedł ze swoimi towarzyszami na polowanie, rzecze Zły do siostry:
- Jeszcze raz udaj chorą. Gdy przybędzie twój brat, powiedz, że jeno żywa woda może cię uzdrowić. Doradźmy, by poszukał jej w starym młynie odległym stąd o kilka mil. Na ścianie naprzeciw drzwi w owym młynie jest półka, na której stoją dwie flasze. W tej z prawej strony jest woda żywa, a w z lewej woda martwa. Twój brat niechybnie wyprawi się w drogę. Ja zaś wyprzedzę go i pozatruwam wszystkie źródła przy drodze martwą wodą. Gdy twój brat ze swoimi zwierzakami będzie gasić pragnienie po drodze, to wszyscy wyzioną ducha.
To powiedziawszy Zły pospieszył pozatruwać źródła.
Brat wrócił z polowania, siostra znów udała chorą, niemal umierającą i wysłała go na poszukiwania żywej wody.
Dzień skwarny był jak rzadko i zarówno brat, jak i towarzyszące mu zwierzęta poczuły srogie pragnienie. Przy drodze biło przejrzyste źródełko, więc pies i kot zaczęły chłeptać z niego wodę. Jednakże we mgnieniu oka wyzionęły ducha, jako że Zły zdążył zatruć źródełko.
Chłopiec uparcie szedł naprzód wraz z wilkiem i niedźwiedziem. Przy drodze trafiło się drugie źródełko, wilk i niedźwiedź przypadły do niego chciwie i w tym momencie zesztywniały.
Chłopiec przyspieszył kroku i nie pił z żadnego źródła po drodze, choć w gardle paliło go srogie pragnienie. Dotarł do starego młyna, pochwycił z półki flaszkę z żywą wodą i ruszył w powrotną drogę.
Trafił do źródła, przy którym leżeli wilk i niedźwiedź z rozpostartymi łapami.
- Spróbujmy, czy skuteczne jest to lekarstwo – rzekł chłopiec i kapnął po kropelce z flaszy na głowy zwierząt.
Bardzo skuteczna była to woda. Wilk i niedźwiedź zerwały się na równe nogi.
Wędrowali dalej i gdy podeszli do drugiego źródełka, chłopiec przywrócił do życia kota i psa.
Gdy ze swoim orszakiem dotarł do miedzianego zamku, Zły pospiesznie czmychnął do swojej skrzyni okutej żelazem. Jednakże zwierzęta dorwały się do skrzyni z kłami i pazurami i rozniosły ją w drzazgi. Podobnie poradziły sobie ze Złym.
Siostra usłyszała, jak zwierzęta kotłują się w kuchni i zapytała, co się tam dzieje. Brat odparł, że one tam ze Złego, jej narzeczonego, wytrząsają duszę. Siostra wyparła się, jakoby Zły był jej narzeczonym i zaklęła, że nic o tym nie wie.
- Nasze drogi teraz się rozchodzą – rzecze brat. – Myślisz, że nie zauważyłem, jak Zły razem z tobą usiłował popchnąć mnie w paszczę śmierci? Rozstanę się z tobą i pójdę własną drogą z moimi wiernymi przyjaciółmi.
Ale gdy siostra z płaczem prosiła i błagała, by jej brat nie zostawiał, zmiękło serce chłopaka i zabrał ja ze sobą.
Zamknął na klucz wrota miedzianego zamku i cała gromadka ruszyła przed siebie. Zwierzęta wskazywały im drogę i już pod wieczór podróżnicy dotarli do srebrnego zamku.
Również i ten zamek z początku wyglądał jak wyludniony, ale gdy chłopiec obszedł wszystkie komnaty, w ostatniej z nich znalazł pannę, co piękna była jak gwiazda poranna.
Panna powitała chłopca i powiedziała mu:
- Długo, bardzo długo czekałam na wybawcę. Wiedz tedy, że jestem córą królewską, ale moi rodzice, dworzanie i poddani zostali zaczarowani w kamienie i pnie drzew. Zaklęcie ustąpi dopiero, gdy jakiś ochrzczony młodzian zamieszka przez rok razem ze mną.
W tym momencie nadeszła siostra chłopaka. Zapytała tedy królewianka:
- Czy ona jest może twą żoną?
- Nie, jest moją siostrą – odparł chłopiec i dodał: - Z całego serca, królewno, rad ci będę służył.
Pojął ją za żonę i cała gromadka zamieszkała w srebrnym zamku.
Ale gdy rok dobiegł już prawie końca, przybył Zły na spotkanie z siostrą chłopaka. Zły bowiem wrócił do życia, chociaż zwierzęta sądziły, że już wytrzęsły zeń ducha. Był teraz szpetny i pokiereszowany, ale pełen dawnej przewrotności.
Zapytał siostrę:
- Czy po trosze nie zazdrościsz już szczęścia swemu bratu?
Odparła, że zazdrości, a Zły ciągnął dalej:
- Połóż więc ten ząb pod poduszkę w łóżku twojego brata. Gdy przytuli głowę do poduszki, wyzionie ducha. Ja go stąd uprzątnę, a królewnę uczynimy służką i będziemy mieszkali tutaj w radości i szczęściu przez całe nasze życie, bo zamek ten okazalszy jest od mojego.
Siostra uległa tym diablim namowom i włożyła ząb pod poduszkę na łóżku brata. Rankiem brat był sztywny i biały jak prześcieradło. Przyszedł Zły i wsadził go do dębowej trumny, którą potem zaniósł daleko w głąb lasu.
Towarzysze chłopca oczekiwali go na dziedzińcu zamkowym jeden dzień, potem drugi. Gdy o chłopcu nie było ni widu, ni słychu, ozwie się pies:
- Stało się coś niedobrego.
Kot pociągnął nosem i zamiauczał:
- Czuję, że go gdzieś tędy wyniesiono.
- Chodźmy i poszukajmy, gdzie może być gospodarz – orzekły zgodnie zwierzęta.
Pies wybiegł naprzód, reszta zwierząt za nim i przez trzy dni błąkały się po leśnych wertepach, aż znalazły dębową trumnę mieszczącą ciało chłopca.
Jednakże trumna opasana była czterema mocnymi obręczami z żelaza. Zwierzęta z całego serca chciały dopomóc swemu gospodarzowi, gdyby tylko mogły. Niedźwiedź zatem przemówił do pozostałych:
- Kiedy mnie matka pozostawiła chłopcu za opiekuna i towarzysza, zobowiązała mnie, bym go bronił do ostatniej kropli krwi. Chciałbym to uczynić; a wy, pozostali, czy jesteście podobnej myśli?
Wszyscy byli jednego zdania i każdy z nich postanowił zbić jedną żelazną obręcz z trumny, nawet gdyby miał to przypłacić życiem.
Kot, który najdłużej pozostawał z chłopcem w przyjaźni, rozpoczął. Nabrał rozmachu i stuknął łbem w pierwszą obręcz żelazną u spodu trumny. Obręcz rozpadła się z brzękiem, ale równocześnie łeb kotu trzasnął i zwalił się martwy na ziemię.
Przyszła kolej na psa i stało się podobnie. Po nich wilk i niedźwiedź rozbili przypadające na nich obręcze, ale i oni padli na ziemię nieżywi. Równocześnie rozpadła się trumna i ukazało się ciało chłopca.
Wkrótce przyleciały w to miejsce dwa czarne kruki. Jeden przybył ze wschodu, drugi z zachodu.
- O, są jakieś oczy do wydziobania! – zakrakał jeden z kruków. – Wydziobię oczy chłopcu, ty zajmij się zwierzętami.
- Zaczekaj – powstrzymał go drugi kruk. – Gdybyś znał dzieje tego chłopca, nie wydziobywałbyś mu oczu, ale przywrócił mu życie. Doświadczył on bowiem tak osobliwych kolei losu i tylekroć ocalał z paszczy śmierci, że zapewne sądzone jest mu długie życie. Poza tym on był zawsze dobry dla zwierząt.
- Opowiedz mi dzieje tego chłopca, skoro je znasz – poprosił pierwszy kruk.
Drugi kruk opowiedział wtedy przedziwne dzieje chłopaka i na ostatek rzecze:
- Może by się rozejrzeć za żywą wodą w starym młynie i obudzić chłopaka do życia?
- Obudźmy go, zróbmy to na złość Złemu – pierwszy kruk mu przytaknął.
Poleciały oba, przyniosły ze starego młyna flaszkę wody życia i wskrzesiły chłopca.
Gdy chłopak obudzony z ciężkiego snu usiadł wśród desek trumiennych, rozejrzał się dokoła i zdumiał się, gdzie się znajduje. Ujrzał swoich przyjaciół – zwierzęta, leżące przy nim bez życia, ale oczy jego zatrzymały się też na butli z żywą wodą w miejscu, gdzie ją porzuciły kruki.
Zerwał się na nogi i ożywił wszystkie zwierzęta. Przyszły go lizać i łasić się do niego, i rozpaczały, że teraz niechybnie Zły i jego siostra zadręczają na śmierć królewiankę.
- Ale teraz pójdziemy i uwolnimy się od obojga, nie próbuj nas uspokajać – rzekły do chłopca zwierzęta.
- Zostawcie nam Złego na rozdziobanie! – zakrakały z drzewa kruki.
- Dostaniecie, na pewno dostaniecie go, ale wpierw my go rozdepczemy – przyrzekły czworonogi.
Chłopiec próbował iść, ale był jeszcze taki znękany, że ledwie się trzymał na nogach.
- Żebym miał teraz owego czarnego wołu, na którym niegdyś jeździłem – westchnął.
W tejże chwili spostrzegł swoją torbę między deskami trumny i przypomniał sobie, że muszą tam być rogi wołu. Były tam i gdy chłopiec stuknął rogiem o róg, zjawił się wół prosto z piekielnej obory.
- Długo trwało, zanim mnie wezwałeś – rzecze wół. – Wdrap mi się na grzbiet i ruszamy w drogę.
Chłopiec siadł na oklep na grzbiecie wołu, kruki leciały przodem wskazując kierunek i cała gromada zawróciła w stronę srebrnego zamku.
Czworonożni przyjaciele chłopca byli tak spragnieni odwetu, że wyprzedzili go w drodze do zamku i w oka mgnieniu się rozprawili ze Złym i niegodziwą siostrą.
Córka królewska za to wybiegła naprzeciw chłopcu, kiedy na grzbiecie wołu wjeżdżał na dziedziniec zamkowy. Cieszono się i płakano, całowano się i ściskano, zapominając o smutkach.
A gdy noc upłynęła, chłopiec był już dokładnie przez rok w srebrnym zamku. Czar prysł i mieszkańcy zamku powrócili do życia.
Ponieważ chłopiec i królewna nie wyprawili dotąd wesela, urządzono je dopiero teraz. I zrobiło się z tego ogromne weselisko. Grajkowie rzępolili, a stoły uginały się pod ciężarem smakowitych potraw. Kręcili się na tym weselu nawet tacy goście, jak pies i kot, wilk i niedźwiedź. Zataczał się tam także czarny wół z rozłożystymi rogami.
Wesoło i szczęśliwie żyć mogą jeszcze ów chłopiec ze swoją królewną oraz wszystkimi czworonożnymi przyjaciółmi.



sobota, 11 listopada 2017

Konik Garbusek (rosyjska)

Bardzo daleko stąd żył ojciec z trzem synami. Najstarszy miał na imię Borys i był najsilniejszy. Młodszego i najpiękniejszego zwali Wasylem, a na najmłodszego, głuptasa, wołali po prostu Wania. Wania do roboty się nie palił, całymi dniami na piecu drzemał i o księżniczkach rozmyślał.
Zasiał raz ojciec pszenicę. Obrodziła tak, że kłosy falowały ponad głowami najwyższych mężczyzn, a złociły się tak, że i w pochmurny dzień na polu było jasno. Jednak co noc ktoś tratował plony - otrząsał złote kłosy, łamał smukłe łodygi.
Ojciec wysłał najstarszego syna, by pola pilnował. Ale ten antałek gorzałki wypił i poszedł spać w bruździe. Rano znów pszenica stratowana, kłosy otrząśnięte, a syn przysięga, że nic nie widział.
Następnej nocy posłał Wasyla-Pięknisia. Ale ten, zamiast wolę ojca wypełnić, poszedł nie w pole, tylko do urodziwej sąsiadki, i tam spędził noc. I rano znów pszenica stratowana, kłosy otrząśnięte, a Wasyl głową trzęsie: nikogo na polu nie zobaczył.
Wreszcie posłał ojciec Wanię-Głuptaska. Tego, jako, że się na piecu wyspał w dzień, w nocy już sen nie morzył. Leżał sobie, w gwiazdy się wpatrywał, aż tu nagle blask nieziemski poderwał go na nogi. Nad pole pszenicy nadleciała ogromna Caryca-Kobylica. Grzywę miała z gorących słonecznych promieni, ogon z zimnych smug księżycowego światła, kopyta wielkie jak koła u wozu, a chrapy jak dwa kowalskie miechy. Zeskoczyła z nieba na pole, dalej kłosy otrząsać i łodygi tratować.
Wania podkradł się i wskoczył na jej grzbiet. Pomiarkował, by za słoneczną grzywę nie łapać i rąk nie spalić, więc skoczył tak, że siedział przodem do ogona i rękami za ogon złapał. Caryca-Kobylica próbowała go zrzucić. Na próżno. Chłopak ścisnął ją kolanami, srebrny ogon wokół pięści okręcił i pokonać się nie dał.
- Puszczaj, Wania, puszczaj natychmiast - zarżała Caryca-Kobylica.
- Nie puszczę, póki za pszenicę zniszczoną nie zapłacisz - zawołał Wania.
- Bo cię kopytami stratuję!
- Prędzej ja tobie ogon wyrwę.
Zobaczyła Caryca-Kobylica, że chłopak twardo przy swoim obstaje.
- Dobrze, jak mnie puścisz, dam ja tobie trzy konie. Dwa srebrnogrzywe i jednego garbuska. Srebrnogrzywe sprzedaj w mieście, braciom i ojcu pieniądze oddaj. Ale Konia Garbuska nie oddawaj nikomu, bo ci się nieraz przyda!
Caryca-Kobylica przysięgła, że obiecane konie jutro staną w zagrodzie, a pola pszenicy nigdy już nie stratuje. Wtedy chłopak ją puścił. Patrzył, jak galopuje ku księżycowi, tocząc z pyska perłową pianę, która stygła na nocnym niebie i zmieniała się w roje gwiazd. Wrócił Wania do domu i położył się na piecu.
- Diabelska kobyła tratowała nam pole, ale już więcej nie będzie - powiedział ojcu, który tylko mruknął gniewnie, bo kto by takich głupstw chciał słuchać.
Nazajutrz w południe Wania wstał z pieca i poszedł do stajni. Przy żłobie stał mały, bury konik o grzbiecie tak krzywym i garbatym, że trudno było sobie wyobrazić, jak na nim jechać.
- A gdzie to moje konie srebrnogrzywe? - zapytał sam siebie.
I jakież było jego zdziwienie - Konik Garbusek przemówił!
- Twoi bracia pojechali na nich do grodu, by je sprzedać i podzielić się pieniędzmi. Siadaj, to ich dogonimy - powiedział Konik.
Wania dosiadł Konika Garbuska, a ten pogalopował tak chyżo, jak nie biega żaden inny koń na świecie. Przed zachodem słońca dopędzili starszych braci, którzy właśnie szukali miejsca na nocleg. Poszli spać, ale znowu Wania zasnąć nie mógł, przecież się do południa wylegiwał. Naraz patrzy, niedaleko na polanie błyszczy coś, tańczą płomienie. Podkradł się, zobaczył Żar-Ptaki zlatujące się na gody. Niewiele myśląc, chwycił jednego za ogon, wyrwał mu pióro ogniste i za pazuchę schował. Po cichu wrócił do obozowiska. Bracia spali, ale Konik Garbusek otworzył oczy.
- Wyrzuć Wania to piórko, kłopotów ci tylko przysporzy - poprosił.
Ale Waniuszka tylko ramionami wzruszył.
Następnego dnia dotarli do grodu. Srebrnogrzywe rumaki wypatrzył natychmiast wielki łowczy, który dla samego cara konie kupował. Wania sprzedał mu rumaki, a sam najął się do roboty jako dozorca stajni. Oddał braciom pieniądze, uściskał ich i poszedł służyć u cara.
Od rana do południa doglądał koni, a po robocie siadał sobie wygodnie w drzwiach stajni, kręcił machorkę w lada jaki skrawek papieru, przypalał ognistym piórem Żar-Ptaka i dobrze mu było. Konik Garbusek wiele razy prosił:
- Wania, wyrzuć to piórko, bo kłopotów ci przysporzy!
Ale Wania na to nie zważał. Aż pewnego dnia wielki łowczy dostrzegł, że chłopak piórkiem Żar-Ptaka machorkę przypala. Zaraz za łeb go złapał, aby carowi to cudo i jego właściciela pokazać.
Car był wielkim myśliwym. Ustrzelił już z łuku wszystkie gatunki ptaków, ubił oszczepem wszystkie rodzaje zwierząt, jakie Matka Ziemia na świat wydała. Ale nigdy dotąd nie udało mu się zabić ani pojąć Żar-Ptaka. Teraz surowym wzrokiem patrzył na Wanię, a do ręki wziął ogniste pióro.
- Widziałeś ty, oberwańcu, Żar-Ptaka? - spytał Wanię car.
- Jako i waszą wielmożność teraz oglądam.
- Tak ty, Wania, jeszcze dziś do lasu pojedziesz i bez żywego Żar-Ptaka nie waż mi się wracać. A jak go nie przywieziesz, ze skóry cię żywcem obedrę.
Wraca Wania strapiony, do Konika Garbuska się przytula.
- Bieda, Koniku, car każe przywieźć całego Żar-Ptaka, a ja ledwo jedno piórko zdobyłem.
- Mówiłem nie bierz tego piórka. Ale nie frasuj się. Każ dać sobie dwie kadzie drewniane, wiadro miodu i skórzane rękawice. Do kadzi wlejesz miód, drugą się nakryjesz. Jak Żar-Ptaki nadlecą, jednego złapiesz i zaraz ci pomogę go carowi dostarczyć - doradził mu konik.
Wania wszystko zdobył, wsiadł na Konika i pojechał do ciemnego lasu. Tam chłopak miodu do kadzi wlał, drugą się nakrył, rękawice skórzane na ręce nasadził. O północy nadleciały Żar-Ptaki i dalej mód lipowy pić. Wtedy Wania spod kadzi wyskoczył, jednego ucapił i zaraz na grzbiecie Konika garbuska popędził do cara.
- Dobrześ się spisał - zatarł ręce car na widok Żar-Ptaka bijącego ognistymi skrzydłami o stalowe pręty klatki. - Skoroś taki junak i zuch, porwiesz dla mnie jutro Córkę Księżyca, bo chcę się z nią żenić - rozkazał.
Powrócił Wania do swego Konika, oparł się czołem o jego pysk i płacze:
- Teraz już po mnie, przyjacielu, jakże mi Córkę Księżyca porwać? Gdzie jej szukać, mnie, biednemu!?
- Mówiłem, byś nie brał tego pióra? Masz tobie! Ale i z tym sobie poradzimy. Musisz tylko wziąć z pałacu dwa srebrne lusterka i srebrną klamrę. Jedno lustro postawisz, a drugie taflą do ziemi przyłożysz. Jak Córka Księżyca przeglądać się zacznie , ty jej za plecami drugie zwierciadło odkryj. Już przeglądać się w nich nie przestanie. Wystarczy spiąć je srebrną klamrą i po kłopocie. A teraz możemy ruszać - zarządził Konik.
Na wysokiej grani Wania lustro ustawił, o czarną skałę oparł, drugie ułożył na ziemi, zwierciadlaną taflą do dołu. Sam ukrył się za wielkim kamieniem. Po chwili usłyszał kroki Córki Księżyca. Tak pięknej dziewczyny Wania jeszcze nie widział. Miała białą cerę, srebrzyste warkocze do kolan, a oczy granatowe jak noc. Zauważyła lustro, zaczęła się w nim przeglądać, włosy poprawić, szatę wygładzać. Wania skoczył, drugie lustro za jej plecami ustawił i tak złapał ją w srebrną pułapkę. Córka Księżyca nawet nie zauważyła, że Wania spiął oba lustra srebrną klamrą, Gwizdnął na Konika garbuska i powiózł dziewczynę w dół, ku zielonym trawom i różowemu świtowi, prosto na dwór cara.
Car zachwycił się narzeczoną, ale ona nawet słyszeć nie chciała o małżeństwie.
- Niechaj zawiozą list memu ojcu i wydostaną z dna morza mój pierścień zaręczynowy. Wtedy może zechcę ślubu - powiedziała carowi.
Car zaraz kazał zawołać Wanię.
- Jedź i załatw, co każę - powiedział krótko.
Konik Garbusek wysłuchał szlochów Wani i po raz trzeci przypomniał:
- Jakbyś pióra Żar-Ptaka nie ruszał, nie byłoby teraz tego. No, ale nie ma czasu, musimy ruszać.
Wania wskoczył na jego grzbiet i Konik Garbusek pomknął jak strzała. Biegł, aż znalazł się w miejscu, gdzie morze było najwęższe i pomiędzy dwoma brzegami leżał wieloryb długi na siedem mil. Po jego grzbiecie jeździły kupieckie karawany i wojskowe tabory.
- Dokąd jedziesz Waniuszka? - spytał wieloryb.
- Do Księżyca z listem od jego córki.
- Waniuszka, mileńki, zapytaj ty Księżyca, ile jeszcze muszę cierpieć. Trzy lata tak leżę i grzbiet mam do krwi poraniony - poprosił wieloryb.
- Zapytam o ciebie, bądź pewien - odparł Wania.
Przejechali po wielorybie, dotarli do stromych gór. Konik Garbusek zawołał:
- Trzymaj się mocniej grzywy i nie patrz w dół!
Po czym zaczął wznosić się w górę, kopytami krzesał iskry na gwiazdach, galopował wyżej, niż strzała doleci, niż orzeł szybuje. Tak doleciał do Księżyca. Wania w pas mu się pokłonił, list oddał i czekał na odpowiedź. Szybko ją też otrzymał. Zanim pokłonił się przed wyjściem, zapytał:
- Na powierzchni morza leży wieloryb. Jak długo ma jeszcze pokutować?
- Aż wypluje statki i kupców, których połknął - odparł Księżyc.
Wracając, dotarli do wieloryba.
- Najpierw przejedźmy na drugą stronę, potem poproś by ci pierścień wydobył, dopiero na koniec powiedz, co ma uczynić, by być wolnym - doradził Waniuszce Konik Garbusek.
- Pytałeś o mnie? - ryczał już z daleka wieloryb.
Wania nic nie odpowiedział, tylko przejechał po jego grzbiecie na drugi brzeg.
- Na dnie morza leży pierścień zaręczynowy Córki Księżyca. Spraw, bym go dostał, a zwrócę ci wolność - zawołał Wania.
Wieloryb skrzyknął swoje dzieci i nakazał im szukać pierścienia. Wania czekał dzień, czekał noc. Konika zdążył wyczesać, nakarmić i napoić. Wtem któreś z dzieci wieloryba wypluło pierścień na brzeg. Chłopak podniósł go i wskoczył na grzbiet Konika.
- Wypluj statki i kupców, których połknąłeś - zawołał i ruszył galopem przed siebie.
Za nim z trzaskiem łamanych i pękających masztów spadały na brzeg wypluwane przez wieloryba statki, pełne wychudzonych kupców i marynarzy.
W pałacu cara Córka Księżyca włożyła pierścień, z listu od ojca wyczytała wszystkie rady i powiedziała carowi, którego nijak pokochać nie mogła i nie chciała:
- Zagotuj wielki kocioł mleka. Wskocz do niego i wykap się w nim. Będziesz miał od tego cerę białą jak śnieg i wtedy będę twoja.
Car nakazał na zamkowym dziedzińcu ogień rozpalić i mleko gotować. Raptem przypomniał sobie o Wani.
- Ty skocz pierwszy - rozkazał.
Wania podszedł do kotła z wrzącym mlekiem, ale doszedł też konik i chuchnął na kocioł. Mleko się ostudziło. Wania wskoczył, a gdy wyszedł, był pięknym młodzieńcem o cerze białej jak mleko.
- Poszedł won - odepchnął go car.
Koń Garbusek chuchnął na kocioł znów i mleko w nim zawrzało. Akurat wtedy, gdy car tam wskakiwał. Po chwili zły władca ugotował się w mleku.
Nazajutrz odbyło się huczne weselisko Córki Księżyca i Waniuszki. Odtąd razem żyli i razem rządzili, a Konik Garbusek zawsze im służył radą i pomocą.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Żabi pachoł - K. Dobkiewiczowa

Myślił raz Skarbnik Fontana pochodzić między górnikami, by przypatrzyć się dobrze, jak im się wiedzie w robocie. Przybrał postać żaby i przysiadł w jamce pod zmurszałym stojakiem w bocznym chodniku.
Poranna zmiana zjechała właśnie do pracy. Ze swego ukrycia dostrzegł Fontana przechodzących z lampami górników.
Pogadywali do siebie z cicha, ten i ów zakaszlał, inny szedł w zamyśleniu ku przodkowi.
Praca górnika niemałego wymaga rozmysłu i uwagi niemałej.
Wiedział o tym Fontana. Wiedział również, że nie wszystkim górnikom jednakowo wiedzie się w kopalni.
Jednemu to wszystko sprzyja: i sztygar mu przyjacielem, i węgiel sypie tak bogato, jakby go matka-ziemia dla tego właśnie wybrańca przeznaczyła; a kiedy przyjdzie do wypłaty, to i grosza weźmie on sporo.
Wesół wraca potem do domu, a śpiewa sobie po drodze i kilofem wywija. Takiego i kupiec, i karczmarz rad przywita, a karczmareczka śmieje się do niego i do pełna szklanicę nalewa.
Inny przez dzień cały nie szczędzi trudu, a ledwie na kęsek chleba bez omasty zarobi. Mocuje się z oporną skałą, a urobi tyle, co drugi przez pół dniówki. Sztygar takiego łaje i koledzy złośliwym słówkiem zadrasną. Niewesoły chodzi taki człowiek i nierad z ludźmi przestaje. Troską się karmi aby i żałością.
Takim to opuszczonym górnikom umyślił dopomóc Fontana. Gromada ludzi, która najwcześniej do kopalni zjechała przeszła już i w chodniku objazdowym uczyniło się pusto i cicho.
Fontana wyskoczył ze swej jamki i właśnie zamierzał pójść w ślad za ludźmi, aby się przypatrzyć ich robocie z bliska a niepostrzeżenie, gdy wtem z mroku wynurzyła się nowa gromada: młodzi, weseli chłopcy.
Bystrymi oczami dostrzegli zaraz Żabę, która już wrócić do kryjówki nie zdążyła.
— Pierona ! Ale to ci szykowny górnik dzisia z nami na dół zjechoł! — zawołał krępy, rumiany chłopak wskazując na żabę towarzyszom.
— Kaś to podział karbidka? — pytał inny żabę, a w oczach czarnych jak tarki, zapaliły mu się wesołe iskry.
— Hanys, leć na przewozowy niech ta paranaście wozów więcej przycisną, bo dziś fedrunek pójdzie aże będzie grzmiało! — wołał trzeci młodzik.
— Ty się nie śmiej — rzucił ktoś z boku — bo jak się ten żabi pachoł ozeźli, to cię tak kopnie, że się nie pozbierosz!
— Ja go prędzej kopnę! — krzyknął zaczepiony i już, już chciał uderzyć żabę.
Wtem zza gromady rozswawolonych młodzieńców wysunął się człowiek starszy. Z bladą, szczupłą twarzą.
— Ostawcie gadzina. — rzekł półgłosem — przecz wam ona nic nie winna!
Młodzieniaszek, który chciał kopnąć żabę, obejrzał się i zastanowił.
Zapanowała na krótko cisza.
Górnik podszedł do żaby, zdjął z głowy skórzany hełm i włożył ją do niego troskliwie, bacząc by nie uczynić jej krzywdy.
Gwar wybuchł nagle na nowo, we wrzawie zmieszanych głosów, śmiechów i przekpinek trudno było rozróżnić pojedyncze słowa.
Młodzi zataczali się od śmiechu, klepali się po plecach i poszturchiwali nawzajem w migotliwym blasku karbidek.
— Żabi pachoł! — posłyszał górnik.
— Żabi pachoł zjechoł dzisia na dół!
— Cha! Cha! Cha! I jakoż to będzie robił ten mizerok?! Górnik nie odrzekł nic na te okrzyki. Przyśpieszył tylko kroku.
Kiedy zaś przyszedł na przodek, zdjął kapotę, rozłożył ją na spągu i posadził na niej troskliwie żabę. Zawiesił karbidkę, wydobył z kieszeni kromkę chleba i kilka zielonych cebul.
Przysiadł na klocu opodal i zaczął spiesznie spożywać swe ubogie śniadanie, którego nie zdążył zjeść w domu.
Żaba siedziała spokojnie i nie spuszczała z górnika swych wypukłych oczu.
— Naści, pojedz trochę! — rzekł chłop i podrobił żabie nieco okruszyn. Była głodna i zjadła wszystko.
— No! — rzekł wtedy górnik. — Teraz siedź sobie cicho na kapocie, żabi pachole, a ja się biorę do roboty, bo już wielki czas!
Żaba uniosła głowę i uważnie rozejrzała się dokoła. I nagle kilku skokami znalazła się przy górniku.
— Cóż to? — zaśmiał się człowiek. — I tobie się chce roboty?
— A tak! — rzekła na to żaba ludzkim głosem, — Ino przódziej powiedz mi, jakoż ci to idzie? Sypie węgiel czy nie?
Górnik zadziwił się na to, opuścił świder i chwilę stał nieruchomo, dech wstrzymując w piersi. Żaba wskazała łapką na wgłębienie w ociosie i zapytała:
— Tu będziesz wiertał?
— Tu — rzekł górnik, czując już teraz więcej ciekawości niż lęku — ino mi się jakoś nie wiedzie... Sam nie wiem, czemu... Co odstrzelę, to się kamienie sypią. Bieda w mym domu gości i nie odchodzi, Niewiela biorę wypłaty.
— To wiesz co? Ja ci pokażę, gdzie masz wiercić. Posłuchał górnik rady i zaraz za pierwszym odstrzałem wszystko się w jego pracy odmieniło. Węgiel sypał bogato, czysty, bez jednej bryły kamienia.
Raz, drugi i trzeci ukazała mu żaba jeszcze, gdzie ma zakładać otwory strzałowe, a potem rzekła:
— Nocą pracować tu będę ja, zgódź się, a tak ci urobek do rana pomnożę, jak nigdy jeszcze w tej kopalni nie bywało. No co, zgoda?
— Zgoda, żabi pachole, ale płatę weźmiemy po połowie, jako między dobrymi kamratami przystoi.
Ugodzili się górnik z żabą.
Cieszył się chłop, cieszył, że takiego zyskał towarzysza!
Wszyscy zaś dziwili się w kopalni jego powodzeniu, a Fontana, ciągle się kryjąc pod żabią postacią, nie widziany przez innych górników co dzień pokazywał, gdzie wiercić otwory strzałowe i jak zakładać ładunki. Nocą zaś pracował sam i pomnażał urobek.
Tak przemijały dni, aż przyszła wypłata.
Poszedł górnik sam po pieniądze, a Fontana czekał na niego ukryty w dołku pod stojakiem, by kto go z ludzi nie dojrzał i nie ukrzywdził.
Czekał i czekał, a przez cały czas wypukłymi oczami po skale wodził i nad jeszcze lepszą robotą przemyśliwał.
Wrócił górnik, rad z wypłaty i wesół.
— No, żabo! — zawołał. — Teraz podzielimy pieniądze! Rozesłał swoją kopertę na spągu, sam siadł na klocu i wytrząsnął z kabzy srebrne monety, obok nich posadził żabę.
— To dla ciebie, a to dla mnie! — powtarzał rozkładając pieniądze na równe kupki. Było tego, było, aż na końcu została jedna tylko moneta. Był to nowiutki pieniądz i pięknie błyszczał.
— To dla ciebie, kamracie! Bier a ciep do kabzy!
— Dzięka ci — odrzekł żabi pachoł i począł przenosić srebro do swej jamki pod zmurszałym stojakiem, bacząc, by nikt z ludzi tego nie spostrzegł.
Kiedy już wszystko przeniósł i schował, a po wierzchu przysypał miałem, wrócił do górnika i rzekł:
— Rad bym cię teraz nawiedził doma, człowieku! Niech twa kobieta dobrą wieczerzę uwarzy, kołaczy i żymłów napiecze, gości sprosi, a wtedy wszyscy pospołu się zabawimy, jako zwyczajnie po dobrej wypłacie bywa!
— Dobrze — odpowiedział górnik. — Przychodź jutro w gościnę, a wieczerzę uwarzymy jak się patrzy!
Żaba oddaliła się powoli i przysiadła w swej jamce, na srebrnych monetach przysypanych miałem.
Na drugi dzień właśnie wypadła niedziela.
W domu górnika pięknie posprzątano, sproszono gości i nagotowano wiele smacznego jadła, tak by dla wszystkich starczyło. W komorze na półkach ułożyła gospodyni kołacze i strucle, a obok rumiane bułki.
Górnik sam doglądał przygotowań do wieczerzy, a kiedy już stół nakryto i przysunięto ławy, wziął małą skrzynkę, postawił ją na ławie tuż przed nakryciem dla najważniejszego gościa i jeszcze po wierzchu przykrył pasiakiem.
— Po co stawiasz ta skrzynka, kumie? — zapytał go starzyk-sąsiad, który najpierwszy przybył w gościnę.
Gospodyni, dzieci i jeszcze dwaj bracia górnika obstąpili go kołem i także, zdziwieni, gadali:
— To przeca jest do śmiechu, takie siedzisko szykować dla gościa! Coś ty, chłopie!
— Bier no ta skrzynka i pasiak, a ciep do komory!
— Któż tak siednie za stołem?
— Jakiegoś to cudaka zaprosił na wieczerza?
— Dziwno, i tyła!
Zrozumiał, górnik, że czas uprzedzić wszystkich, kogo to na wieczerzę zaprosił, przeto rzekł:
— Kiej się tak dziwujecie i wiedzieć chcecie, kogom zaprosił w gościna, to wam powiem: przyjdzie tu dzisia żaba, taka zielona żaba, a wieczerzać z nami będzie.
— Żaba! — załamała ręce gospodyni. — Jakoż to jest możebne, by z ludźmi wieczerzała?
— Żaba! Żaba! — wołały dzieci. — A czy lubi ona kołacze?  — Żaba to dziwny gość! Niewidziany — pokiwał głową starzyk-sąsiad, — Ale tak myślę, żeś ją przecie nie bez przyczyny do chaty zaprosił, co?
— Tak, kumie. Dziwna to żaba. Naszedłem ją w kopalni na dole, nie wiedzieć skąd się tam wzięła gadzina. Młodzi wtedy na dół zjechali i dojrzawszy żabę, dalej przekpiwać a krzyczeć. Już tam jeden się na nią zamierzał, kiedym przyszoł i ją zabrał. Potem była przy mnie i ludzką mową gadała. Ukazała mi, jako mam wiertać, gdzie ładunek zakładać — węgiel sypał za każdym odstrzałem, a żaba nocą mi jeszcze urobek pomnażała. Tak oto widzicie, do pieniędzy teraz za jej pomocą przyszedłem. Sama mi rzekła, że mię doma nawiedzi, godzi się więc ją ugościć przy stole.
— Ooo! Kiej tak, to niech skrzynka na ławie ostanie! — rzekła gospodyni, a starzyk-sąsiad dodał:
— Niech ta żaba siednie z nami, a poje do syta!
Ledwie rzekł te słowa, a żaba już na progu siedzi i mile wszystkich pozdrawia.
Rozstąpili się ludzie, a górnik ujął ją ostrożnie i posadził przy stole, na skrzyneczce przykrytej pasiakiem.
Rozsiadła się żaba wygodnie i wraz ze wszystkimi wieczerzać poczęła.
To piwa upiła z orzechowej łupiny, to ze spodeczka wzięła okruszynę kołacza, to pochleptała polewki z miseczki, a wszystko chwaliła, że smaczne jak rzadko bywa.
Cieszyła się gospodyni i jeszcze jej miodu kilka kropel usączyła z dzbanuszka.
Żaba poczęła jej dziękować i bardziej jeszcze chwalić potrawy. A kiedy tak się gościła i wieczerzała z ludźmi pospołu, do chaty przyszedł ostatni gość, górnik jak i gospodarz, ale człowiek gwałtowny i zabijaka, znany w okolicy, który rad do kielicha zaglądał.
Kiedy zobaczył Żabę siedzącą wraz  ludźmi przy stole, śmiać się począł z gospodarza i przekpiwać, niepomny grzeczności i przyjaźni dla swego kamrata.
— A toś sobie sprosił kompana! Ino terazki jeszcze wieprza z chlewu za stołem posadzić! Ooo! To będzie do pary ze żabą, albo-li jeszcze capa tu przykludzić z obory! Chachachacha!
— Cichoj no! Sameś jako cap, skoro tak wargujesz w cudzym domu! — zawołał na niego starzyk-kum.
— Coś to rzekł, stary pieronie?! — krzyknął zabijaka, z całej siły zamachnął się ręką i zrzucił z ławy skrzyneczkę, na której siedziała Żaba.
Pogasły naraz lampy, a w izbie coś stuknęło o podłogę i zabrzęczało.
Krzyknęły dzieci, a wszyscy w ciemności porwali się ze swych miejsc, potrącając naczynia na stole.
Gospodarz szybko zapalił karbidkę, a gdy pojaśniało znów w izbie, poczęto szukać żaby. Zaglądano pod stół i pod skrzynie, wołano, lecz nigdzie jej nie było.
Zmartwił się górnik niemało, że w jego domu gościa miłego tak obrażono, i z żalem wielkim popatrzył na niewstydnika, który owego zła był przyczyną.
Pozbierał z podłogi noże i łyżki, zrzucone ze stołu w zamęcie, i podniósł skrzynkę, którą pustą ustawił dla żaby na ławie.
Kiedy jednakże obrócił skrzyneczkę w ręku, wieko uniosło się samo, a na podłogę wysypały się z brzękiem srebrne monety, niby mieniąca się struga, i ułożyły w sporą górkę tuż u nóg zdumionego górnika.
Pochylił lampę, a wtedy na wierzchu owej górki srebra zobaczył ten sam nowiutki błyszczący pieniądz, który dostał mu się przy wypłacie, a który przy podziale, jako ostatni, ofiarował żabie.
— Aaach! Co to? Co to? Skąd te pieniądze! — słychać było w izbie.
— Dała je nam żaba — rzekł na to górnik, — Ino to wam powiem, że to wcale nie była żaba! Był to sam Skarbnik Fontana, który przybrał żabią postać i tak nas obdarował. A ty, szturmierzu  niewstydny — zwrócił się do zabijaki — obraziłeś Skarbnika! Bacz tedy dobrze, by ci teraz na dole nie odpłacił!

piątek, 18 sierpnia 2017

Miedziana lampa - K. Dobkiewiczowa

Na zegarze kościelnym wybiła północ. Ponad miasteczkiem śląskim świecił księżyc, wokół niego tysiąc gwiazd migotało na niebie to zielonym, to błękitnym, to żółtym światłem. Na cichych ulicach leżał śnieg, nie widać było zapóźnionych przechodniów, tylko bure i łaciate koty przemykały do piwnic na nocne łowy.
— Bam... bam... bam... — bił zegar nad uśpionym miasteczkiem, a uderzenia jego liczyło chore dziecko, które nie mogło usnąć, choć przy jego łóżku czuwał troskliwie dziadek, otulał kołdrą, poprawiał poduszki i podawał wodę z malinowym sokiem.
— Śpij, Pietrek, śpij! — mówił stary. — Słyszysz? Przecież to północ bije...
Chłopiec popłakiwał jednak i niespokojnie poruszał się na łóżku. Nie mógł spać.
Wtedy to właśnie księżyc zaświecił prosto w okno izdebki i zalśnił pięknie na świeżo wyczyszczonej wielkiej lampie z miedzi, wiszącej na gwoździu u drzwi. Tę lampę podarował kiedyś dziadkowi nadsztygar*.
Dziecko spojrzało zaciekawione. Lampę znało, bo przecież dziadek co dzień zabierał ją ze sobą na kopalnię. Ale w świetle księżyca lampa wydawała się chłopcu inna, większa, wspanialsza, taka właśnie, jaką mieć powinien górnik z baśni, nie zwyczajny dziadek, Paweł Duda.
— Starzyku! — rzekł, — Postawcie waszą lampę na stole. Nie pali się ona przecież, a tak się świeci cała od miesiąca! Aż dziw patrzeć, jak się odmieniła.
Paweł Duda ustawił lampę na wprost okna, by światło księżyca jeszcze mocniej się w niej odbijało,
— Masz oto, Pietrek,,, Dziwuj się.,.
W świetle księżyca lampa przemieniła się i wypiękniała. Stała się jeszcze okazalsza, aniżeli bywa zwykle wielka miedziana blenda*, którą na dole w kopalni nosi ze sobą sztygar.
Wpatrzył się w nią staruszek i jakby wrósł oczami, a księżyc sączył przez okno coraz to piękniejszą, coraz hojniejszą poświatę ze srebra.
Wtedy przypomniał sobie Paweł Duda dziwne zdarzenie, dawne, sprzed ćwierci wieku chyba. Działo się to w kopalni, kiedy Paweł pracował na dole jako maszynista i prowadził lokomotywkę ciągnącą wózki z węglem, W zdarzeniu owym występowała również lampa. Wielka, wspaniała, miedziana, jaką tylko dojrzeć można w mroku kopalni.
Umyślił teraz opowiedzieć to zdarzenie choremu wnuczkowi. Może chłopiec zasłucha się i zaśnie?
— No, Pietrek — rzekł — legnij se wygodnie, a słuchaj dobrze, co ci powiem. Jak się zaciekawisz a uspokoisz, to i senność prędzej przyjdzie,
— A o czym będziecie rozprawiać, starzyku? — spytało żywo dziecko.
Chłopiec pochwycił starego za rękę i przyciągnął do siebie. Paweł Duda usiadł na brzegu łóżka.
— Obaczysz, Pietruś, obaczysz — łagodnie powiedział do malca,— Ino dobrze słuchaj.
Młody byłem i jeszcze na naszej „Barbarze" na dole byłem maszynistą. W chodniku przewozowym mieliśmy już wtedy szyny, a po nich lokomotywka moja przez całą zmianę to ciągnęła za sobą pełne wozy pod szyb, to znowu próżne popychała przed sobą, do miejsca, gdzie ładowacze szybko wrzucali do nich węgiel. Rad byłem tej robocie, lubili mnie kamraci, bo i o wozy się starałem, i zważałem pilnie, by jakiego wypadku nie było. Jadę raz chodnikiem, a była to nocna zmiana. Wozy chroboczą, maszynka* moja zgrzyta kołami i gada po swojemu: Pyk... pyk... pyk... Dokoła mrok, jak to zwyczajnie w kopalni, że o dziesięć kroków widać tylko światło lampy, nie zaś samego nadchodzącego górnika.
Baczę tedy pilnie na szyny i jadę.
Wtem jakiś górnik wyskakuje na tory i kiwa lampą, abym przystanął.
Lampa to zaś była wielka, miedziana i dawała tak silne światło, żem drgnął i zaniewidział na chwilę. Wydało mi się, że ktoś bryznął mi do oczu strumieniem ognia. Poraziła mnie światłość niezwyczajna, jakby ta od miesiąca, która teraz w izbie się srebrzy.
Przystanąłem, Zgrzytnęły koła, zahurkotały wozy.
Wyskoczyłem co szybciej na tory, pilno mi było zobaczyć owego górnika z lampą miedzianą i zapytać go, po co on na mnie kiwa.
Przeszedłem wszystkie wozy, bom je właśnie próżne odprowadzał ładowaczom do przodka, patrzę — nie ma nikogo. Wołam — nikt nie odpowiada.
Cisza taka i ćma dokoła, jakby ludziska gdzieś się przede mną umyślnie pokryli.
Nie ulęknę się lada czego i to wiem, że bojaźń górnikowi nie przystoi. Ale wtedy mróz mi przebiegł po plecach, A nuż spoza drewnianych stojaków błyśnie na mnie zielonym okiem Skarbnik?
A nuż naprzeciw mnie wystąpi teraz korowód cieni, owych ludzi, co to ich zasypało kiedyś w tym chodniku, nim ułożono w nim szyny? Nie znaleźli ich towarzysze i tak już pół wieku śpią tu snem nieprzespanym.
Otrząsnąłem się z lęku i raz jeszcze spojrzałem po torach.
Za wozami nie było nikogo,
— Tfu! Dziwna rzecz. Przeciem dziś gorzały nie pił — gadałem sam do siebie i splunąłem na stronę, bom w ustach poczuł jakąś gorycz obmierzłą.
Wsiadłem znów do maszynki i ruszyłem naprzód, by na czas dostawić wozy do przodka.
Zazgrzytały znowu po szynach koła, maszynka gadać poczęła zwyczajnie — szu... szuu... i ujechała nie więcej niż dwadzieścia kroków.
Spozieram na tory, aż tu górnik znów z ciemności wybiega, staje na torze i lampą miedzianą na mnie kiwa. Znów poraziło mnie światło aż do bólu, alem przetarł oczyska palcami i co rychlej wyskoczyłem na spąg, by tego górnika dopaść.
„Czego chce? Kto zaś jest? Możem zawczas przystanął?" — huczało w mej głowie.
Przeszedłem wszystkie wozy. Dochodzę do ostatniego. Nic. I teraz nie ma nikogo. Dokoła cichutko, choćby nocą w kościele.
Rozgniewałem się mocno, zerwałem czapkę i cisnąłem na tory.
— No, terozki, choćby was tu i dziesięciu wyskoczyło ku mnie, to jadę, pierońskie ciarachy*! — wrzasnąłem głośno.
Nikt mi jednakże nie odpowiedział.
Ruszyłem znowu.
I po raz trzeci ów górnik wyskoczył nagle na tory i jeszcze silniej, jeszcze prędzej zaczął dawać mi znaki miedzianą lampą! Światło jej lało się strumieniem na wozy i na mnie, ze srebrnego stało się zielone, potem żółtozłote, wreszcie buchnęło niby czerwony płomień z wielkiego ogniska. Wydało mi się, że się tlą na mnie łachy. Gorąco. Zapierało dech. W ustach zaschło.
— Teraz się nie dam tobie mamić, ty marcho oszkliwa! — mruknąłem przez zęby. — Teraz jadę. Słyszysz, pieronie? Jaadę!...
— Drr... drr... chrup... chrup... — zagadały wozy.
— Szszu... szszu... szszu... — odpowiedziała im maszynka. Jechałem prosto przed siebie, oślepiony blaskiem miedzianej lampy, zgrzany i spotniały od dziwnego żaru, który szedł od niej. Jechałem nie bacząc, że przede mną stoi człowiek.
Nagle światło zgasło i tylko nikłe lampy mojej maszynki oświetlały tor i w tej chwili posłyszałem krzyk, straszny, bolesny krzyk przejechanego człowieka.
— Boże! Com uczynił! Com uczynił! — szeptałem do siebie czując, jak żałość chłodnymi, ostrymi palcami dławi mnie za gardło, jak mi się serce rozrywa od boleści i wstydu, żem zabił człowieka!
Bolesny krzyk nie cichł ani na chwilę.
Co będzie teraz? Przybiegną ludzie, sztygarzy. Och, cóżem to zrobił! Trza było stać, choćby do końca szychty*!
Wyskoczyłem znowu na spąg.
Pobiegłem za wozy już po raz trzeci tej nocy, drżałem ze zgrozy... Na czoło wystąpił mi zimny pot... Ręce drżały i stały się jakby nie moje. Tam pod wozami leży krwawy strzęp! A ja, a ja to przecież uczyniłem. Biegnę, potykam się i znów biegnę!
Świecę moją karbidką pod wozy, pod wszystkie po kolei, aż do ostatniego, i czuję, że włosy unoszą się na mej głowie.
Pod wozami nie ma nikogo!
Nikogo nie ma na torach, krzyk zaś nie milknie ani na chwilę! A człowieka nie widać.
— Co to? Co robić teraz? — jęczą moje usta zesztywniałe i wykrzywione strachem. — Może to przyszła na mnie choroba. Może w gorączce jestem i zdaje mi się, że słyszę krzyk. Dotykam czoła. Nie! Zimne zupełnie. Głowa nie boli. Więc co to? Zwidziało mi się czy jak?
Przeszedłem raz jeszcze wszystkie wozy!
Kiedym stanął przy ostatnim, o kilka kroków przede mną ktoś jęknął przeciągle, raz drugi i trzeci a potem nic! Ucichło nagle! Poświeciłem lampą na tor. Nikogo! Nasłuchiwałem chwilę i nic! „Mamidła jakieś. Marchy ! — myślałem sobie — a przecież robota pilna".
Wsiadłem do maszynki i ruszyłem wolniuśko, wciąż nastawiając ucha.
Słyszałem tylko spokojne zgrzytanie kół wozów, które lokomotywa popychała tym razem przed sobą.
Nie ujechałem jednakże daleko. Z głuchym łoskotem, z szumem przeciągłym, zawalił się przede mną strop i przysypał te wozy, które szły na samym przodzie, a najdalej były ode mnie.
Takem wtedy cało wyszedł z przygody, a i nikomu z ludzi w kopalni nic się nie stało.
Miedziana lampa ostrzegła mnie przed nieszczęściem.
— A ten człowiek? Kto to był, starzyku? — zapytał mały Pietrek i ciasno przytulił się do dziadka, poruszony jego opowieścią. Słuchał cały czas bez jednego słowa, nie śmiejąc nawet głośniej oddychać.
— Nie spotkałem tego człowieka nigdy potem — rzekł stary maszynista. — I nikt na dole nie miał tak pięknej miedzianej lampy, jak on.
— Ale przecież widzieliście go, starzyku? Tak? — nalegał mały.
— Widziałem go tylko raz jeden, wtedy w nocną zmianę. Potem stracił się gdzieś i tylko rozprawialiśmy o nim długo w kopalni. Ludzie mówili u nas na „Barbarze", że to nikt inszy, tylko sam Skarbnik stanął wtedy przede mną i ostrzegł przed zawaleniem stropu.
Tak bywa czasem w kopalni — Skarbnik tam czuwa zawsze i ostrzega górników.
Mały Pietrek nie słyszał już tych słów. Usnął mocno, oparłszy jasnowłosą głowę na ramieniu dziadka.
Paweł Duda odsunął go ostrożnie i ułożył na pościeli. Potem wziął ze stołu miedzianą lampę i powiesił na gwoździu, na jej zwykłym miejscu.
Księżyc schował się właśnie za chmury. Tu i ówdzie widać było na niebie oddalone gwiazdy, pobladłe od bliskiego świtu.
Miedziana lampa poszarzała teraz i jakby w oczach zmalała. Stała się na nowo zwykłą, starą lampą oliwną, jaką przed laty górnik świecił sobie przy pracy w kopalni.

środa, 16 sierpnia 2017

Czarodziejski imbryczek (japońska)

W ciemnym sosnowym lesie stała niegdyś drewniana świątynia. Obok niej w małym domku mieszkał bonza*, który odprawiał nabożeństwa i strzegł świętego przybytku. Pośród sprzętów należących do świątyni znajdował się stary imbryk do zaparzania herbaty Na pozór naczynie to nie odznaczało się niczym szczególnym: ot, imbryk, jakich wiele. Chodziły jednak słuchy, że posiada on właściwości czarodziejskie, i pewnie dlatego nie używano go do przyrządzania herbaty. Pewnego dnia, kiedy bonza układał się do zwykłej poobiedniej drzemki, zapragnął napić się herbaty Nie mając pod ręką innego naczynia, sięgnął po stary imbryk, nalał do niego wody i postawił na piecyku wypełnionym żarzącymi się węglami. Po chwili podszedł, aby zaparzyć herbatę, ale cofnął się przerażony. Stała się bowiem rzecz niezwykła. Tam gdzie był dziobek imbryka, bonza zobaczył kształtny łebek borsuka o rozwartym pyszczku, na miejscu uszka imbryka sterczał puszysty ogonek. Bonza osłupiał a imbryczkowi-borsukowi widocznie zrobiło się na piecyku gorąco, bo żywo zeskoczył na matę i zaczął węszyć po kątach. Kiedy mu się to sprzykrzyło, podszedł do bonzy, Nie miał zapewne złych zamiarów bo wesoło kręcił ogonkiem, a małe oczka iskrzyły mu się przyjaźnie. Ale bonza przestraszył się nie na żarty i zawołał rozpaczliwie:
-Ratunku!... Na krzyk bonzy zbiegli się jego uczniowie, którzy korzystając z przerwy w nauce
odpoczywali w ogrodzie. Nie wiedzieli, co się stało, więc każdy porwał co miał pod ręką.
I oto naprzeciw borsuka stanęła zbrojna gromadka: jeden trzymał miotłę, drugi szczypce, inny łopatę, a nad nimi, niby chorągiew, powiewały białe spodenki na bambusowej tyczce, takiej, na jakich zazwyczaj w Japonii suszy się bieliznę. Pośród zdumionych niezwykłym widokiem uczniów znalazł się śmiałek, który zawołał głośno:
- Skoro nicpoń-borsuk dostał się do świątyni, trzeba go stąd wypędzić! Zapomniał on, że borsuk wcale nie jest złym stworzeniem, chociaż czasem lubi płatać ludziom figle. Tak to imbryk, który tymczasem przyjął swą zwykłą postać, został wyrzucony na śmietnik.
Kiedy bonza ochłonął z pierwszego wrażenia, zaczął żałować, że pozwolił uczniom wyrzucić imbryk. Lepiej by było sprzedać go mieszkającemu w pobliżu staremu blacharzowi. Przydałoby się trochę grosza w skarbonce. A że omyłka była do naprawienia, wziąwszy imbryk, wyszedł o zmierzchu z domu. Blacharz, do którego skierował się chciwy bonza, był niezamożny, ale uczciwy. Zarabiał niewiele, a rodzinę miał liczną, toteż każdy wydatek był dla niego przykrym ciężarem. Nie zachwycił się więc propozycją bonzy, ale nie okazał mu tego. Długo szperał w swojej połatanej sakiewce, aż wreszcie wydobył kilka miedziaków. W ten sposób imbryk stał się własnością ubogiego blacharza. Zapadła ciemna, głęboka noc. W domu blacharza wszyscy już twardo spali, kiedy staruszka obudził jakiś szmer. Przekonany, że to hałasują myszy albo szczury zawołał sennie:
- Szszu... szszu... wstrętne szkodniki! I byłby może spał dalej, lecz nagle coś go musnęło
po twarzy. - To mi dopiero! - krzyknął rozgniewany nie na żarty i zerwał się z posłania. Zapalił lampkę i wzdrygnął się nie wierząc własnym oczom. Kupiony wieczorem imbryk stał przed nim w postaci borsuka. Blacharz nie był tchórzem, ale nie lubił mieć do czynienia z duchami. Chwycił więc pręt, który mu się nawinął pod rękę, i chciał wystraszyć zwierzątko. Ale borsuka już nie było - przed blacharzem znowu stał zwykły, stary imbryk.
- Co za przywidzenie - przemówił staruszek przyglądając mu się z niedowierzaniem. Nie dostrzegłszy nic podejrzanego, zgasił lampkę i zasnął. Reszta nocy upłynęła spokojnie. Nazajutrz blacharz opowiedział żonie o nocnym zdarzeniu i po wspólnej naradzie postanowił zwrócić imbryk bonzie. Tego dnia jednak staruszek nie mógł się oderwać od roboty gdyż jakimś dziwnym trafem u wszystkich sąsiadów popękały imbryki. Nastała noc.
I znów o północy powtórzył się dziwny hałas.
- Jeśli cię nie oddam bonzie, to przynajmniej wyrzucę z domu! - zawołał gniewnie blacharz
i wyskoczył z łóżka.
- Ach, nie wyrzucaj mnie! - odezwał się nagle imbryczek. - Jak widzisz, nie jestem zwykłym naczyniem i jeżeli posłuchasz mej rady, wiele na tym skorzystasz. Wiem, że jesteś biedny i musisz utrzymywać liczną rodzinę, więc chciałbym ci dopomóc. Zostaw swoją robotę i chodź lepiej ze mną w szeroki świat. Nie musisz się o nic martwić, weź tylko z sobą jakikolwiek instrument muzyczny.
Słowa te trafiły do przekonania staruszkowi. Zabrał bambusowy flet, parę drobiazgów w skromnym zawiniątku i wraz z imbrykiem ruszył w drogę. Wkrótce blacharz i jego czarodziejski imbryczek zasłynęli na całą Japonię. Gromady ludzi zbiegały się zewsząd, gdy imbryk puszczał się w tany i wyczyniał przedziwne sztuki, a blacharz przygrywał mu na flecie. Bogaci chętnie zapraszali ich do siebie, a razu pewnego sam cesarz wezwał blacharza, aby wraz z czarodziejskim imbrykiem wystąpił w jego pałacu.
Staruszek nigdy nie marzył o tak wielkim zaszczycie. Przepyszne szaty rodziny cesarskiej i dam dworu - barwne, bogato haftowane srebrem i złotem - onieśmielały go. Cesarz z podziwem przyglądał się tańcom czarodziejskiego imbryczka i hojnie nagrodził blacharza. Poczciwy staruszek pośpieszył zaraz do domu, gdzie z utęsknieniem czekała na niego żona i dzieci. Odtąd rodzina blacharza nie zaznała już biedy. Żyli w dostatku, wspierając ludzi ubogich, jakimi sami niegdyś byli. A sprawca ich szczęścia - czarodziejski imbryczek stał się jakby członkiem rodziny. Umieszczono go na honorowym miejscu, we wnęce obok posążka Buddy.

czwartek, 23 marca 2017

Trzy rady - S.Dzikowski

Staremu człowiekowi śmierć już w oczy zaglądała. Z pościeli wstawać nie mógł, całymi dniami trwał w zapamiętaniu, jakby dusza zeń uchodziła. Nic go na świecie nie ciekawiło i nawet nie wypytywał jedynego syna o sprawy gospodarskie.
Dopiero pewnego dnia jakby z powrotem przytomność odzyskał, zawołał jedynaka i tak do niego przemówił:
— Słuchaj, synaczku, niedługo już śmierć mi oczy zamknie, a więc idź i zawołaj dwóch sąsiadów, bo chcę moją ostatnią wolę wypowiedzieć, abyś wiedział, jak masz się rządzić w dalszym twoim życiu.
Te słowa zdziwiły bardzo syna.
— Jakież, ojcze — spytał — chcesz czynić rozporządzenia? — Przecież tylko mnie jednego masz na świecie. Majątek, który posiadasz, mnie przypaść musi, więc po cóż wzywać świadków.
Ale ojciec obstawał przy swoim:
— Żądam dwóch świadków, a ty się mojej woli nie sprzeci­wiaj!
Młodzieniec, zdjęty ciekawością, przyprowadził czym rychlej dwóch sąsiadów, których starzec uprzejmie powitał i kazał im usiąść przy sobie. Po chwilowej pogwarce zaczął mówić z wolna, jakby po długim namyśle:
— Majątek, który mi Pan Bóg zebrać dozwolił, po śmierci mojej do ciebie należy. Teraz udzielam ci tylko ostatniego na­pomnienia, do którego masz się rzetelnie stosować. Zapamiętaj sobie dobrze: po pierwsze, przyjaciół za często nie odwiedzaj, po drugie, żywizny nikomu nie pożyczaj, po trzecie, żony w cudzej wsi nie szukaj. I to jest wszystko, co ci mam do powiedzenia na śmiertelnym łożu.
W kilka dni potem, kiedy koło południa mgła gęsto świat prze­słoniła, a wieczorem sowa wołać zaczęła, zmarło się starcowi. Syn wyprawił mu pogrzeb okazały, bo pieniędzy i majątku zostało co niemiara.
Ostatnie słowa ojca utkwiły mocno w pamięci młodego gospo­darza i ciągle nad tym rozmyślał, czy prawdą jest to, co stary gadał.
Niebawem zdarzyło się, że sąsiad najbliższy poprosił go o poży­czenie kobyły, aby mógł sobie zaorać kawałek pola. A kobyła ta była źrebna. Wyszedłszy w pole zobaczył, że sąsiad przy orce okładał kobyłę niemiłosiernie batem. Podszedł bliżej za krzakami i ujrzał w końcu, że kobyła, zmordowana nad miarę, padła na ziemię i oźrebiła się. Sąsiad schwycił źrebię i rzucił je w ciernie, a kobyle kazał dalej pług ciągnąć.
„Ojciec dobrze mi radził" — pomyślał gospodarz i wrócił do domu.
Na drugi dzień wybrał się do przyjaciół, których miał zamiar po raz trzeci odwiedzić. Dotychczas byli mu zawsze radzi, tym razem jednak nie zastał ich w domu. Przyjaciele poszli do kościo­ła, a w izbie bawiły się małe dzieci, które zobaczywszy go poczęły się chwalić, że matka przygotowała dużo dobrych rzeczy: kołacze, kluski, kiełbasę i dzban piwa. Na razie jednak wszystko schowane jest na piecu i pod ławą. Kiedy przyjaciele wrócili do domu, zaczęli się skarżyć, że w ostatnich czasach bardzo zbiednieli, tak zbiednieli, że nie mogli sobie nawet nic na święta przygotować.
I znowu przypomniała mu się przestroga ojca, aby przyjaciół za często nie odwiedzać. Pożegnał się z nimi, ale przedtem zapro­sił ich na wesele, które miało się odbyć już za kilka dni.
Wbrew przestrogom ojca znalazł sobie żonę w drugiej wsi. Na dzień przed ślubem postanowił zajść do niej jeszcze raz, żeby zobaczyć, czy wszystko zostało należycie przygotowane. U narze­czonej zastał młodego parobka, Piotra, który miał być pierwszym drużbą. Zabawili się długo, a że droga do domu była daleka, spy­tał narzeczoną, czy nie mógłby u niej zostać na noc. Bez wielkiej ochoty pościeliła mu na ławie, a sama poszła spać do komory.
Parobek gdzieś się stracił, ale kiedy już głucha noc nastała, skrzypnęły drzwi i dało się słyszeć ostrożne człapanie bosych nóg.
Młody gospodarz, który oka jeszcze nie zmrużył, domyślił się od razu, co w trawie piszczy.
Po chwili dał się słyszeć namiętny głos dziewczyny:
— Dziś, Piotrze, weselmy się za wszystkie czasy, bo to nasza ostatnia noc...
Kiedy zmęczeni usnęli, gospodarz wstał, podszedł cicho i wyciął kawałek sukna na skos z parobczanych spodni, a potem poszedł do domu.
Na drugi dzień zebrało się u niego dużo zaproszonych gości. Był i sąsiad, któremu pożyczył kobyłę, byli i jego przyjaciele, był i parobek Piotr. Mieli niebawem wszyscy wyruszyć do ko­ścioła, a muzykanci gotowali się już, aby zagrać weselnego mar­sza.
Ale pan młody zatrzymał rozochoconą gromadę, skoro miał im jeszcze coś bardzo ważnego do powiedzenia. Wszyscy mocno rozciekawieni słuchali z wielką uwagą słów jego.
— Stary mój ojciec — mówił — zostawił mi na łożu śmiertel­nym trzy rady. Po pierwsze, abym żywizny w cudze nie oddawał ręce. Tyś, miły sąsiedzie, pożyczył ode mnie źrebną kobyłę i biłeś ją przy orce tak mocno, że się oźrebiła na polu, a źrebię rzuciłeś w ciernie. W ten sposób wypełniła się pierwsza przestroga. Potem radził ojciec, abym za często nie odwiedzał przyjaciół. Kiedym przyszedł do was, mili przyjaciele, schowaliście przede mną kieł­basę, kołacze i piwo, a sami udaliście wielkich biedaków. Po raz drugi prawdę powiedział ojciec. Wreszcie przestrzegał mnie, abym żony w cudzej wsi nie szukał. I oto skorom wczoraj u ciebie, miła panno, nocował, leżałaś w łóżku z drużbą i chyba nie może być inaczej, tylko z nim musisz pójść do ołtarza.
A kiedy dziewczyna gorąco przeczyć zaczęła, młody gospodarz pokazał kawałek sukna wyciętego w nocy z parobczyńskich por­tek. Przystawały tak doskonale, że trudno było nie wierzyć.
— Jeżeli macie ochotę — rzekł jeszcze — to proszę, pijcie i jedzcie, a potem idźcie sobie stąd i zostawcie mnie samego, bo wesele się nie odbędzie.
Nikt jednak nie miał ochoty ani na zabawę, ani na poczęstunek. Wymykali się chyłkiem jedni za drugimi. W pustej chacie został sam jeden, młody i tak już doświadczony gospodarz...

Leniwa dziewczyna - S.Dzikowski

Miała matkę córkę Kasię. Ładna była i zdrowa, ale straszne próżniaczysko. Do dwudziestu lat siedziała na piecu i nic robić nie chciała, tylko albo spała, albo jadła. Nie umyła się nigdy, nie uczesała, łeb miała zawsze rozkudłany, rozczochrany, więc ją wszy­scy leniwą Kudłą nazywali. Matka musiała całe gospodarstwo sama obrządzać, bo gdyby na Kudłę czekała, to by garnki były zawsze okopciałe i brudne, izba nie zamieciona, krowa nie wydojona. Nieraz ją do roboty naganiała i tak jej mówiła:
— Ej, Kudła, naucz ty się robić, bo ciebie żaden wojewodzie nie pojmie za żonę, tylko kmiecy syn na roli. Każe ci się dobrze nauwijać i nie będzie chciał słuchać, jak ty mu powiesz, że cię rączki bolą.
Ale Kudła nic nie odpowiedziała, tylko przewracała się na drugi bok i spała dalej.
Wszystkie dziewuchy w równych z nią latach dawno już za mąż powychodziły, ale na Kudłę nikt spojrzeć nie chciał, bo cóż komu po takiej kobiecie, która ani wyprać, ani ugotować nie umie. Tymczasem jej się uwidział bardzo młody leśny, który mieszkał niedaleko od ich chałupy i czasem do matki Kudły zachodził.
Jednej nocy wstała po cichu, ubrała się w prześcieradło, zrobi­ła się podobna do śmierci, poszła tam, gdzie mieszkał leśny, sta­nęła koło okna i woła na niego:
— Śpisz ty?
— Nie.
— Kazał Pan Jezus i święta Anna, żebyś se pojął Kudłę za żonę. Ażebyś pojął, ażebyś pojął!
I zaraz się straciła.
Chłop do rana nie mógł zmrużyć oka ze strachu. O świcie wstał i poszedł do mieszkania Kudły, a tu ona leży na piecu umyta, licz­ka ma gładkie, nic nie mówi, tylko patrzy na niego, jakby go chciała przewiercić oczyma. Spodobała mu się jakoś, ale nic nie powiedział, tylko poszedł dalej.
Na drugą noc o tej samej godzinie pokazała się biała, wysoka kobieta i woła:
— Śpisz ty?
— Nie.— Kazał Pan Jezus i święta Anna, żebyś se pojął Kudłę za żonę. Ażebyś pojął, ażebyś pojął, bo inaczej, to ci łeb urwę!
Leśny jeszcze się więcej przestraszył i pomyślał sobie, że chyba trzeba się ożenić z tym wałkoniem, co cały dzień na piecu leży. Poszedł do ich chałupy na śródwieczerz, aż tu widzi Kudłę na piecu jeszcze lepiej umytą i pięknie uczesaną. Podobała mu się jeszcze bardziej, ale że tam zeszło się gości huk, nie miał sposob­ności z nią gadać i poszedł dalej.
Na trzecią noc znów biała kobieta kołacze do okna i mówi:
— Śpisz ty?
— Nie.
— Kazał Pan Jezus i święta Anna, żebyś se pojął Kudłę za żonę. Ażebyś pojął, ażebyś pojął, bo ostatni raz mówię, inaczej łeb ci urwę!
Chłop zerwał się z pościeli, wyleciał przed chałupę — ale tu już nikogusieńko nie było. Tak się zestraszył, że z samego rana poleciał do sąsiadów i cóż widzi: w progu spotyka Kudłę, pięknie ubraną. Ledwie ją poznał, tak wyładniała. Już się więcej nie na­myślał, tylko uderzył do matki o córkę. Matczysko się z chęcią zgodziło, prosiła tylko, żeby nigdy Kudły nie bił. Leśny przyrzekł i tak najpierw były zwiady, a potem wesele.
Zaczęło się gospodarstwo we dwoje. A musiał on chodzić z sa­mego rana do lasu i dopiero potem wracał na śniadanie. Kiedy pierwszego dnia wstał, żona jeszcze spała, a tu dwie krowy rycza­ły w oborze, bo nie miały nic do żarcia. Leśny obrządził bydło i poszedł do swojej roboty, a skoro wrócił, nie było śniadania, ani porządku w chałupie. Patrzy, a Kudła znowu się rozkudłała, wla­zła na piec i śpi.
Z początku nic nie mówił, tylko biedował, jak mógł. Sam sobie garnki mył, sam prał, sam gotował, aż mu się to uprzykrzyło. Wystarał się więc o służbę w innym miejscu, z pięć mil od tej wsi, i wziął Kudłę ze sobą. Ona zaś i na nowym miejscu po sta­remu nic nie robiła, tylko wylegiwała się na piecu. Ale leśny wziął się na sposób.
Miał on starą torbę strzelecką, która wisiała nad łóżkiem. Jed­nego dnia, kiedy szedł do lasu, zaczął do tej torby gadać, że ma ugotować śniadanie, potem posprzątać i zrobić wszystko, co po­trzeba.
— Bo inaczej — powiada — jak z lasu wrócę, to cię okropnie skatuję.
Kudła słucha, nic nie mówi, tylko spod oka ciągle zerka, rychło torba zejdzie z kołka i weźmie się do roboty. Ale torba jak wi­siała, tak wisi, a Kudła śmieje się i mówi do niej:
— Czekaj no, będziesz ty się miała, jak on wróci z lasu.
Leśny wrócił do domu i widzi, że torba nic nie zrobiła, więc zaczyna jej wygrażać:
— Popamiętasz ty sobie teraz! Zaraz my sąd zrobimy! Tu dę­bowy świadek będzie!
I mówi do Kudły:
— Weź no torbę i potrzymaj na swoich plecach, a ja ją dobrze wyłomocę, to ona mnie na drugi raz usłucha.
Kudła się śmieje i myśli, co z tego będzie. Tymczasem leśny przyniósł tęgą pałę i nuże bić torbę na Kudlinych plecach. Kudła w gwałt, a leśny bije i bije. Zbił, ale nie Kudłę, tylko torbę.
Na drugi dzień idzie do lasu znowu i znowu mówi do torby:
— Żebyś mi ugotowała, żebyś wszystko w chałupie obrobiła, bo inaczej, to bym ci znowu nasypał!
Ledwo tylko wyszedł z chałupy, Kudła wyskoczyła z wyrka i dalejże do roboty. Kiedy leśny przyszedł do domu, zobaczył, że wszystko jest w porządku, więc pyta:
— Dziś chyba nie będziemy uczyć torby rozumu?
A Kudła odpowiada:
— O, dziś nie trzeba!
— Tak rób — mówi leśny znowu do torby — to nigdy nie do­staniesz lania.
I tak już dalej było. Kudła codziennie rano wstawała, a kiedy leśny przychodził do domu, wszystko było oporządzone, jak się należy. O torbie nawet zapomnieli i o tym także, że na gospodynię kiedyś leniwa Kudła wołali. Kasia, Kasieńka — było teraz jej imię.
Po długim czasie matka chciała zobaczyć, jak się jej córce po­wodzi, więc pojechała do niej w gościnę.
Jakże się zdziwiła, kiedy zobaczyła u niej takie porządki w izbie i w oborze. Aż się jej serce zaśmiało, że z leniwej Kudły zrobiła się taka dobra gospodyni. I pyta jej:
— Jakże to być może, że u ciebie tak czysto, chędogo, żeś tak pracowita, kiedy w domu nic robić nie chciałaś? On cię pewno bił bardzo, nim cię pracy nauczył?
— Ach, nie — odpowiedziała córka — tylko raz wybiliśmy tor­bę, ale potem już nie było trzeba.
Matka cieszyła się bardzo, a Kasia jakoś na nią patrzy dziwnie raz i drugi, trochę zakłopotana, trochę zmieszana — nareszcie powiada:
— Wiecie, matusiu, co, idźcie na podwórze i przynieście choć kilka drewek, bo w tym domu darmo jeść nie dają…