sobota, 11 listopada 2017

Konik Garbusek (rosyjska)

Bardzo daleko stąd żył ojciec z trzem synami. Najstarszy miał na imię Borys i był najsilniejszy. Młodszego i najpiękniejszego zwali Wasylem, a na najmłodszego, głuptasa, wołali po prostu Wania. Wania do roboty się nie palił, całymi dniami na piecu drzemał i o księżniczkach rozmyślał.
Zasiał raz ojciec pszenicę. Obrodziła tak, że kłosy falowały ponad głowami najwyższych mężczyzn, a złociły się tak, że i w pochmurny dzień na polu było jasno. Jednak co noc ktoś tratował plony - otrząsał złote kłosy, łamał smukłe łodygi.
Ojciec wysłał najstarszego syna, by pola pilnował. Ale ten antałek gorzałki wypił i poszedł spać w bruździe. Rano znów pszenica stratowana, kłosy otrząśnięte, a syn przysięga, że nic nie widział.
Następnej nocy posłał Wasyla-Pięknisia. Ale ten, zamiast wolę ojca wypełnić, poszedł nie w pole, tylko do urodziwej sąsiadki, i tam spędził noc. I rano znów pszenica stratowana, kłosy otrząśnięte, a Wasyl głową trzęsie: nikogo na polu nie zobaczył.
Wreszcie posłał ojciec Wanię-Głuptaska. Tego, jako, że się na piecu wyspał w dzień, w nocy już sen nie morzył. Leżał sobie, w gwiazdy się wpatrywał, aż tu nagle blask nieziemski poderwał go na nogi. Nad pole pszenicy nadleciała ogromna Caryca-Kobylica. Grzywę miała z gorących słonecznych promieni, ogon z zimnych smug księżycowego światła, kopyta wielkie jak koła u wozu, a chrapy jak dwa kowalskie miechy. Zeskoczyła z nieba na pole, dalej kłosy otrząsać i łodygi tratować.
Wania podkradł się i wskoczył na jej grzbiet. Pomiarkował, by za słoneczną grzywę nie łapać i rąk nie spalić, więc skoczył tak, że siedział przodem do ogona i rękami za ogon złapał. Caryca-Kobylica próbowała go zrzucić. Na próżno. Chłopak ścisnął ją kolanami, srebrny ogon wokół pięści okręcił i pokonać się nie dał.
- Puszczaj, Wania, puszczaj natychmiast - zarżała Caryca-Kobylica.
- Nie puszczę, póki za pszenicę zniszczoną nie zapłacisz - zawołał Wania.
- Bo cię kopytami stratuję!
- Prędzej ja tobie ogon wyrwę.
Zobaczyła Caryca-Kobylica, że chłopak twardo przy swoim obstaje.
- Dobrze, jak mnie puścisz, dam ja tobie trzy konie. Dwa srebrnogrzywe i jednego garbuska. Srebrnogrzywe sprzedaj w mieście, braciom i ojcu pieniądze oddaj. Ale Konia Garbuska nie oddawaj nikomu, bo ci się nieraz przyda!
Caryca-Kobylica przysięgła, że obiecane konie jutro staną w zagrodzie, a pola pszenicy nigdy już nie stratuje. Wtedy chłopak ją puścił. Patrzył, jak galopuje ku księżycowi, tocząc z pyska perłową pianę, która stygła na nocnym niebie i zmieniała się w roje gwiazd. Wrócił Wania do domu i położył się na piecu.
- Diabelska kobyła tratowała nam pole, ale już więcej nie będzie - powiedział ojcu, który tylko mruknął gniewnie, bo kto by takich głupstw chciał słuchać.
Nazajutrz w południe Wania wstał z pieca i poszedł do stajni. Przy żłobie stał mały, bury konik o grzbiecie tak krzywym i garbatym, że trudno było sobie wyobrazić, jak na nim jechać.
- A gdzie to moje konie srebrnogrzywe? - zapytał sam siebie.
I jakież było jego zdziwienie - Konik Garbusek przemówił!
- Twoi bracia pojechali na nich do grodu, by je sprzedać i podzielić się pieniędzmi. Siadaj, to ich dogonimy - powiedział Konik.
Wania dosiadł Konika Garbuska, a ten pogalopował tak chyżo, jak nie biega żaden inny koń na świecie. Przed zachodem słońca dopędzili starszych braci, którzy właśnie szukali miejsca na nocleg. Poszli spać, ale znowu Wania zasnąć nie mógł, przecież się do południa wylegiwał. Naraz patrzy, niedaleko na polanie błyszczy coś, tańczą płomienie. Podkradł się, zobaczył Żar-Ptaki zlatujące się na gody. Niewiele myśląc, chwycił jednego za ogon, wyrwał mu pióro ogniste i za pazuchę schował. Po cichu wrócił do obozowiska. Bracia spali, ale Konik Garbusek otworzył oczy.
- Wyrzuć Wania to piórko, kłopotów ci tylko przysporzy - poprosił.
Ale Waniuszka tylko ramionami wzruszył.
Następnego dnia dotarli do grodu. Srebrnogrzywe rumaki wypatrzył natychmiast wielki łowczy, który dla samego cara konie kupował. Wania sprzedał mu rumaki, a sam najął się do roboty jako dozorca stajni. Oddał braciom pieniądze, uściskał ich i poszedł służyć u cara.
Od rana do południa doglądał koni, a po robocie siadał sobie wygodnie w drzwiach stajni, kręcił machorkę w lada jaki skrawek papieru, przypalał ognistym piórem Żar-Ptaka i dobrze mu było. Konik Garbusek wiele razy prosił:
- Wania, wyrzuć to piórko, bo kłopotów ci przysporzy!
Ale Wania na to nie zważał. Aż pewnego dnia wielki łowczy dostrzegł, że chłopak piórkiem Żar-Ptaka machorkę przypala. Zaraz za łeb go złapał, aby carowi to cudo i jego właściciela pokazać.
Car był wielkim myśliwym. Ustrzelił już z łuku wszystkie gatunki ptaków, ubił oszczepem wszystkie rodzaje zwierząt, jakie Matka Ziemia na świat wydała. Ale nigdy dotąd nie udało mu się zabić ani pojąć Żar-Ptaka. Teraz surowym wzrokiem patrzył na Wanię, a do ręki wziął ogniste pióro.
- Widziałeś ty, oberwańcu, Żar-Ptaka? - spytał Wanię car.
- Jako i waszą wielmożność teraz oglądam.
- Tak ty, Wania, jeszcze dziś do lasu pojedziesz i bez żywego Żar-Ptaka nie waż mi się wracać. A jak go nie przywieziesz, ze skóry cię żywcem obedrę.
Wraca Wania strapiony, do Konika Garbuska się przytula.
- Bieda, Koniku, car każe przywieźć całego Żar-Ptaka, a ja ledwo jedno piórko zdobyłem.
- Mówiłem nie bierz tego piórka. Ale nie frasuj się. Każ dać sobie dwie kadzie drewniane, wiadro miodu i skórzane rękawice. Do kadzi wlejesz miód, drugą się nakryjesz. Jak Żar-Ptaki nadlecą, jednego złapiesz i zaraz ci pomogę go carowi dostarczyć - doradził mu konik.
Wania wszystko zdobył, wsiadł na Konika i pojechał do ciemnego lasu. Tam chłopak miodu do kadzi wlał, drugą się nakrył, rękawice skórzane na ręce nasadził. O północy nadleciały Żar-Ptaki i dalej mód lipowy pić. Wtedy Wania spod kadzi wyskoczył, jednego ucapił i zaraz na grzbiecie Konika garbuska popędził do cara.
- Dobrześ się spisał - zatarł ręce car na widok Żar-Ptaka bijącego ognistymi skrzydłami o stalowe pręty klatki. - Skoroś taki junak i zuch, porwiesz dla mnie jutro Córkę Księżyca, bo chcę się z nią żenić - rozkazał.
Powrócił Wania do swego Konika, oparł się czołem o jego pysk i płacze:
- Teraz już po mnie, przyjacielu, jakże mi Córkę Księżyca porwać? Gdzie jej szukać, mnie, biednemu!?
- Mówiłem, byś nie brał tego pióra? Masz tobie! Ale i z tym sobie poradzimy. Musisz tylko wziąć z pałacu dwa srebrne lusterka i srebrną klamrę. Jedno lustro postawisz, a drugie taflą do ziemi przyłożysz. Jak Córka Księżyca przeglądać się zacznie , ty jej za plecami drugie zwierciadło odkryj. Już przeglądać się w nich nie przestanie. Wystarczy spiąć je srebrną klamrą i po kłopocie. A teraz możemy ruszać - zarządził Konik.
Na wysokiej grani Wania lustro ustawił, o czarną skałę oparł, drugie ułożył na ziemi, zwierciadlaną taflą do dołu. Sam ukrył się za wielkim kamieniem. Po chwili usłyszał kroki Córki Księżyca. Tak pięknej dziewczyny Wania jeszcze nie widział. Miała białą cerę, srebrzyste warkocze do kolan, a oczy granatowe jak noc. Zauważyła lustro, zaczęła się w nim przeglądać, włosy poprawić, szatę wygładzać. Wania skoczył, drugie lustro za jej plecami ustawił i tak złapał ją w srebrną pułapkę. Córka Księżyca nawet nie zauważyła, że Wania spiął oba lustra srebrną klamrą, Gwizdnął na Konika garbuska i powiózł dziewczynę w dół, ku zielonym trawom i różowemu świtowi, prosto na dwór cara.
Car zachwycił się narzeczoną, ale ona nawet słyszeć nie chciała o małżeństwie.
- Niechaj zawiozą list memu ojcu i wydostaną z dna morza mój pierścień zaręczynowy. Wtedy może zechcę ślubu - powiedziała carowi.
Car zaraz kazał zawołać Wanię.
- Jedź i załatw, co każę - powiedział krótko.
Konik Garbusek wysłuchał szlochów Wani i po raz trzeci przypomniał:
- Jakbyś pióra Żar-Ptaka nie ruszał, nie byłoby teraz tego. No, ale nie ma czasu, musimy ruszać.
Wania wskoczył na jego grzbiet i Konik Garbusek pomknął jak strzała. Biegł, aż znalazł się w miejscu, gdzie morze było najwęższe i pomiędzy dwoma brzegami leżał wieloryb długi na siedem mil. Po jego grzbiecie jeździły kupieckie karawany i wojskowe tabory.
- Dokąd jedziesz Waniuszka? - spytał wieloryb.
- Do Księżyca z listem od jego córki.
- Waniuszka, mileńki, zapytaj ty Księżyca, ile jeszcze muszę cierpieć. Trzy lata tak leżę i grzbiet mam do krwi poraniony - poprosił wieloryb.
- Zapytam o ciebie, bądź pewien - odparł Wania.
Przejechali po wielorybie, dotarli do stromych gór. Konik Garbusek zawołał:
- Trzymaj się mocniej grzywy i nie patrz w dół!
Po czym zaczął wznosić się w górę, kopytami krzesał iskry na gwiazdach, galopował wyżej, niż strzała doleci, niż orzeł szybuje. Tak doleciał do Księżyca. Wania w pas mu się pokłonił, list oddał i czekał na odpowiedź. Szybko ją też otrzymał. Zanim pokłonił się przed wyjściem, zapytał:
- Na powierzchni morza leży wieloryb. Jak długo ma jeszcze pokutować?
- Aż wypluje statki i kupców, których połknął - odparł Księżyc.
Wracając, dotarli do wieloryba.
- Najpierw przejedźmy na drugą stronę, potem poproś by ci pierścień wydobył, dopiero na koniec powiedz, co ma uczynić, by być wolnym - doradził Waniuszce Konik Garbusek.
- Pytałeś o mnie? - ryczał już z daleka wieloryb.
Wania nic nie odpowiedział, tylko przejechał po jego grzbiecie na drugi brzeg.
- Na dnie morza leży pierścień zaręczynowy Córki Księżyca. Spraw, bym go dostał, a zwrócę ci wolność - zawołał Wania.
Wieloryb skrzyknął swoje dzieci i nakazał im szukać pierścienia. Wania czekał dzień, czekał noc. Konika zdążył wyczesać, nakarmić i napoić. Wtem któreś z dzieci wieloryba wypluło pierścień na brzeg. Chłopak podniósł go i wskoczył na grzbiet Konika.
- Wypluj statki i kupców, których połknąłeś - zawołał i ruszył galopem przed siebie.
Za nim z trzaskiem łamanych i pękających masztów spadały na brzeg wypluwane przez wieloryba statki, pełne wychudzonych kupców i marynarzy.
W pałacu cara Córka Księżyca włożyła pierścień, z listu od ojca wyczytała wszystkie rady i powiedziała carowi, którego nijak pokochać nie mogła i nie chciała:
- Zagotuj wielki kocioł mleka. Wskocz do niego i wykap się w nim. Będziesz miał od tego cerę białą jak śnieg i wtedy będę twoja.
Car nakazał na zamkowym dziedzińcu ogień rozpalić i mleko gotować. Raptem przypomniał sobie o Wani.
- Ty skocz pierwszy - rozkazał.
Wania podszedł do kotła z wrzącym mlekiem, ale doszedł też konik i chuchnął na kocioł. Mleko się ostudziło. Wania wskoczył, a gdy wyszedł, był pięknym młodzieńcem o cerze białej jak mleko.
- Poszedł won - odepchnął go car.
Koń Garbusek chuchnął na kocioł znów i mleko w nim zawrzało. Akurat wtedy, gdy car tam wskakiwał. Po chwili zły władca ugotował się w mleku.
Nazajutrz odbyło się huczne weselisko Córki Księżyca i Waniuszki. Odtąd razem żyli i razem rządzili, a Konik Garbusek zawsze im służył radą i pomocą.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Żabi pachoł - K. Dobkiewiczowa

Myślił raz Skarbnik Fontana pochodzić między górnikami, by przypatrzyć się dobrze, jak im się wiedzie w robocie. Przybrał postać żaby i przysiadł w jamce pod zmurszałym stojakiem w bocznym chodniku.
Poranna zmiana zjechała właśnie do pracy. Ze swego ukrycia dostrzegł Fontana przechodzących z lampami górników.
Pogadywali do siebie z cicha, ten i ów zakaszlał, inny szedł w zamyśleniu ku przodkowi.
Praca górnika niemałego wymaga rozmysłu i uwagi niemałej.
Wiedział o tym Fontana. Wiedział również, że nie wszystkim górnikom jednakowo wiedzie się w kopalni.
Jednemu to wszystko sprzyja: i sztygar mu przyjacielem, i węgiel sypie tak bogato, jakby go matka-ziemia dla tego właśnie wybrańca przeznaczyła; a kiedy przyjdzie do wypłaty, to i grosza weźmie on sporo.
Wesół wraca potem do domu, a śpiewa sobie po drodze i kilofem wywija. Takiego i kupiec, i karczmarz rad przywita, a karczmareczka śmieje się do niego i do pełna szklanicę nalewa.
Inny przez dzień cały nie szczędzi trudu, a ledwie na kęsek chleba bez omasty zarobi. Mocuje się z oporną skałą, a urobi tyle, co drugi przez pół dniówki. Sztygar takiego łaje i koledzy złośliwym słówkiem zadrasną. Niewesoły chodzi taki człowiek i nierad z ludźmi przestaje. Troską się karmi aby i żałością.
Takim to opuszczonym górnikom umyślił dopomóc Fontana. Gromada ludzi, która najwcześniej do kopalni zjechała przeszła już i w chodniku objazdowym uczyniło się pusto i cicho.
Fontana wyskoczył ze swej jamki i właśnie zamierzał pójść w ślad za ludźmi, aby się przypatrzyć ich robocie z bliska a niepostrzeżenie, gdy wtem z mroku wynurzyła się nowa gromada: młodzi, weseli chłopcy.
Bystrymi oczami dostrzegli zaraz Żabę, która już wrócić do kryjówki nie zdążyła.
— Pierona ! Ale to ci szykowny górnik dzisia z nami na dół zjechoł! — zawołał krępy, rumiany chłopak wskazując na żabę towarzyszom.
— Kaś to podział karbidka? — pytał inny żabę, a w oczach czarnych jak tarki, zapaliły mu się wesołe iskry.
— Hanys, leć na przewozowy niech ta paranaście wozów więcej przycisną, bo dziś fedrunek pójdzie aże będzie grzmiało! — wołał trzeci młodzik.
— Ty się nie śmiej — rzucił ktoś z boku — bo jak się ten żabi pachoł ozeźli, to cię tak kopnie, że się nie pozbierosz!
— Ja go prędzej kopnę! — krzyknął zaczepiony i już, już chciał uderzyć żabę.
Wtem zza gromady rozswawolonych młodzieńców wysunął się człowiek starszy. Z bladą, szczupłą twarzą.
— Ostawcie gadzina. — rzekł półgłosem — przecz wam ona nic nie winna!
Młodzieniaszek, który chciał kopnąć żabę, obejrzał się i zastanowił.
Zapanowała na krótko cisza.
Górnik podszedł do żaby, zdjął z głowy skórzany hełm i włożył ją do niego troskliwie, bacząc by nie uczynić jej krzywdy.
Gwar wybuchł nagle na nowo, we wrzawie zmieszanych głosów, śmiechów i przekpinek trudno było rozróżnić pojedyncze słowa.
Młodzi zataczali się od śmiechu, klepali się po plecach i poszturchiwali nawzajem w migotliwym blasku karbidek.
— Żabi pachoł! — posłyszał górnik.
— Żabi pachoł zjechoł dzisia na dół!
— Cha! Cha! Cha! I jakoż to będzie robił ten mizerok?! Górnik nie odrzekł nic na te okrzyki. Przyśpieszył tylko kroku.
Kiedy zaś przyszedł na przodek, zdjął kapotę, rozłożył ją na spągu i posadził na niej troskliwie żabę. Zawiesił karbidkę, wydobył z kieszeni kromkę chleba i kilka zielonych cebul.
Przysiadł na klocu opodal i zaczął spiesznie spożywać swe ubogie śniadanie, którego nie zdążył zjeść w domu.
Żaba siedziała spokojnie i nie spuszczała z górnika swych wypukłych oczu.
— Naści, pojedz trochę! — rzekł chłop i podrobił żabie nieco okruszyn. Była głodna i zjadła wszystko.
— No! — rzekł wtedy górnik. — Teraz siedź sobie cicho na kapocie, żabi pachole, a ja się biorę do roboty, bo już wielki czas!
Żaba uniosła głowę i uważnie rozejrzała się dokoła. I nagle kilku skokami znalazła się przy górniku.
— Cóż to? — zaśmiał się człowiek. — I tobie się chce roboty?
— A tak! — rzekła na to żaba ludzkim głosem, — Ino przódziej powiedz mi, jakoż ci to idzie? Sypie węgiel czy nie?
Górnik zadziwił się na to, opuścił świder i chwilę stał nieruchomo, dech wstrzymując w piersi. Żaba wskazała łapką na wgłębienie w ociosie i zapytała:
— Tu będziesz wiertał?
— Tu — rzekł górnik, czując już teraz więcej ciekawości niż lęku — ino mi się jakoś nie wiedzie... Sam nie wiem, czemu... Co odstrzelę, to się kamienie sypią. Bieda w mym domu gości i nie odchodzi, Niewiela biorę wypłaty.
— To wiesz co? Ja ci pokażę, gdzie masz wiercić. Posłuchał górnik rady i zaraz za pierwszym odstrzałem wszystko się w jego pracy odmieniło. Węgiel sypał bogato, czysty, bez jednej bryły kamienia.
Raz, drugi i trzeci ukazała mu żaba jeszcze, gdzie ma zakładać otwory strzałowe, a potem rzekła:
— Nocą pracować tu będę ja, zgódź się, a tak ci urobek do rana pomnożę, jak nigdy jeszcze w tej kopalni nie bywało. No co, zgoda?
— Zgoda, żabi pachole, ale płatę weźmiemy po połowie, jako między dobrymi kamratami przystoi.
Ugodzili się górnik z żabą.
Cieszył się chłop, cieszył, że takiego zyskał towarzysza!
Wszyscy zaś dziwili się w kopalni jego powodzeniu, a Fontana, ciągle się kryjąc pod żabią postacią, nie widziany przez innych górników co dzień pokazywał, gdzie wiercić otwory strzałowe i jak zakładać ładunki. Nocą zaś pracował sam i pomnażał urobek.
Tak przemijały dni, aż przyszła wypłata.
Poszedł górnik sam po pieniądze, a Fontana czekał na niego ukryty w dołku pod stojakiem, by kto go z ludzi nie dojrzał i nie ukrzywdził.
Czekał i czekał, a przez cały czas wypukłymi oczami po skale wodził i nad jeszcze lepszą robotą przemyśliwał.
Wrócił górnik, rad z wypłaty i wesół.
— No, żabo! — zawołał. — Teraz podzielimy pieniądze! Rozesłał swoją kopertę na spągu, sam siadł na klocu i wytrząsnął z kabzy srebrne monety, obok nich posadził żabę.
— To dla ciebie, a to dla mnie! — powtarzał rozkładając pieniądze na równe kupki. Było tego, było, aż na końcu została jedna tylko moneta. Był to nowiutki pieniądz i pięknie błyszczał.
— To dla ciebie, kamracie! Bier a ciep do kabzy!
— Dzięka ci — odrzekł żabi pachoł i począł przenosić srebro do swej jamki pod zmurszałym stojakiem, bacząc, by nikt z ludzi tego nie spostrzegł.
Kiedy już wszystko przeniósł i schował, a po wierzchu przysypał miałem, wrócił do górnika i rzekł:
— Rad bym cię teraz nawiedził doma, człowieku! Niech twa kobieta dobrą wieczerzę uwarzy, kołaczy i żymłów napiecze, gości sprosi, a wtedy wszyscy pospołu się zabawimy, jako zwyczajnie po dobrej wypłacie bywa!
— Dobrze — odpowiedział górnik. — Przychodź jutro w gościnę, a wieczerzę uwarzymy jak się patrzy!
Żaba oddaliła się powoli i przysiadła w swej jamce, na srebrnych monetach przysypanych miałem.
Na drugi dzień właśnie wypadła niedziela.
W domu górnika pięknie posprzątano, sproszono gości i nagotowano wiele smacznego jadła, tak by dla wszystkich starczyło. W komorze na półkach ułożyła gospodyni kołacze i strucle, a obok rumiane bułki.
Górnik sam doglądał przygotowań do wieczerzy, a kiedy już stół nakryto i przysunięto ławy, wziął małą skrzynkę, postawił ją na ławie tuż przed nakryciem dla najważniejszego gościa i jeszcze po wierzchu przykrył pasiakiem.
— Po co stawiasz ta skrzynka, kumie? — zapytał go starzyk-sąsiad, który najpierwszy przybył w gościnę.
Gospodyni, dzieci i jeszcze dwaj bracia górnika obstąpili go kołem i także, zdziwieni, gadali:
— To przeca jest do śmiechu, takie siedzisko szykować dla gościa! Coś ty, chłopie!
— Bier no ta skrzynka i pasiak, a ciep do komory!
— Któż tak siednie za stołem?
— Jakiegoś to cudaka zaprosił na wieczerza?
— Dziwno, i tyła!
Zrozumiał, górnik, że czas uprzedzić wszystkich, kogo to na wieczerzę zaprosił, przeto rzekł:
— Kiej się tak dziwujecie i wiedzieć chcecie, kogom zaprosił w gościna, to wam powiem: przyjdzie tu dzisia żaba, taka zielona żaba, a wieczerzać z nami będzie.
— Żaba! — załamała ręce gospodyni. — Jakoż to jest możebne, by z ludźmi wieczerzała?
— Żaba! Żaba! — wołały dzieci. — A czy lubi ona kołacze?  — Żaba to dziwny gość! Niewidziany — pokiwał głową starzyk-sąsiad, — Ale tak myślę, żeś ją przecie nie bez przyczyny do chaty zaprosił, co?
— Tak, kumie. Dziwna to żaba. Naszedłem ją w kopalni na dole, nie wiedzieć skąd się tam wzięła gadzina. Młodzi wtedy na dół zjechali i dojrzawszy żabę, dalej przekpiwać a krzyczeć. Już tam jeden się na nią zamierzał, kiedym przyszoł i ją zabrał. Potem była przy mnie i ludzką mową gadała. Ukazała mi, jako mam wiertać, gdzie ładunek zakładać — węgiel sypał za każdym odstrzałem, a żaba nocą mi jeszcze urobek pomnażała. Tak oto widzicie, do pieniędzy teraz za jej pomocą przyszedłem. Sama mi rzekła, że mię doma nawiedzi, godzi się więc ją ugościć przy stole.
— Ooo! Kiej tak, to niech skrzynka na ławie ostanie! — rzekła gospodyni, a starzyk-sąsiad dodał:
— Niech ta żaba siednie z nami, a poje do syta!
Ledwie rzekł te słowa, a żaba już na progu siedzi i mile wszystkich pozdrawia.
Rozstąpili się ludzie, a górnik ujął ją ostrożnie i posadził przy stole, na skrzyneczce przykrytej pasiakiem.
Rozsiadła się żaba wygodnie i wraz ze wszystkimi wieczerzać poczęła.
To piwa upiła z orzechowej łupiny, to ze spodeczka wzięła okruszynę kołacza, to pochleptała polewki z miseczki, a wszystko chwaliła, że smaczne jak rzadko bywa.
Cieszyła się gospodyni i jeszcze jej miodu kilka kropel usączyła z dzbanuszka.
Żaba poczęła jej dziękować i bardziej jeszcze chwalić potrawy. A kiedy tak się gościła i wieczerzała z ludźmi pospołu, do chaty przyszedł ostatni gość, górnik jak i gospodarz, ale człowiek gwałtowny i zabijaka, znany w okolicy, który rad do kielicha zaglądał.
Kiedy zobaczył Żabę siedzącą wraz  ludźmi przy stole, śmiać się począł z gospodarza i przekpiwać, niepomny grzeczności i przyjaźni dla swego kamrata.
— A toś sobie sprosił kompana! Ino terazki jeszcze wieprza z chlewu za stołem posadzić! Ooo! To będzie do pary ze żabą, albo-li jeszcze capa tu przykludzić z obory! Chachachacha!
— Cichoj no! Sameś jako cap, skoro tak wargujesz w cudzym domu! — zawołał na niego starzyk-kum.
— Coś to rzekł, stary pieronie?! — krzyknął zabijaka, z całej siły zamachnął się ręką i zrzucił z ławy skrzyneczkę, na której siedziała Żaba.
Pogasły naraz lampy, a w izbie coś stuknęło o podłogę i zabrzęczało.
Krzyknęły dzieci, a wszyscy w ciemności porwali się ze swych miejsc, potrącając naczynia na stole.
Gospodarz szybko zapalił karbidkę, a gdy pojaśniało znów w izbie, poczęto szukać żaby. Zaglądano pod stół i pod skrzynie, wołano, lecz nigdzie jej nie było.
Zmartwił się górnik niemało, że w jego domu gościa miłego tak obrażono, i z żalem wielkim popatrzył na niewstydnika, który owego zła był przyczyną.
Pozbierał z podłogi noże i łyżki, zrzucone ze stołu w zamęcie, i podniósł skrzynkę, którą pustą ustawił dla żaby na ławie.
Kiedy jednakże obrócił skrzyneczkę w ręku, wieko uniosło się samo, a na podłogę wysypały się z brzękiem srebrne monety, niby mieniąca się struga, i ułożyły w sporą górkę tuż u nóg zdumionego górnika.
Pochylił lampę, a wtedy na wierzchu owej górki srebra zobaczył ten sam nowiutki błyszczący pieniądz, który dostał mu się przy wypłacie, a który przy podziale, jako ostatni, ofiarował żabie.
— Aaach! Co to? Co to? Skąd te pieniądze! — słychać było w izbie.
— Dała je nam żaba — rzekł na to górnik, — Ino to wam powiem, że to wcale nie była żaba! Był to sam Skarbnik Fontana, który przybrał żabią postać i tak nas obdarował. A ty, szturmierzu  niewstydny — zwrócił się do zabijaki — obraziłeś Skarbnika! Bacz tedy dobrze, by ci teraz na dole nie odpłacił!

piątek, 18 sierpnia 2017

Miedziana lampa - K. Dobkiewiczowa

Na zegarze kościelnym wybiła północ. Ponad miasteczkiem śląskim świecił księżyc, wokół niego tysiąc gwiazd migotało na niebie to zielonym, to błękitnym, to żółtym światłem. Na cichych ulicach leżał śnieg, nie widać było zapóźnionych przechodniów, tylko bure i łaciate koty przemykały do piwnic na nocne łowy.
— Bam... bam... bam... — bił zegar nad uśpionym miasteczkiem, a uderzenia jego liczyło chore dziecko, które nie mogło usnąć, choć przy jego łóżku czuwał troskliwie dziadek, otulał kołdrą, poprawiał poduszki i podawał wodę z malinowym sokiem.
— Śpij, Pietrek, śpij! — mówił stary. — Słyszysz? Przecież to północ bije...
Chłopiec popłakiwał jednak i niespokojnie poruszał się na łóżku. Nie mógł spać.
Wtedy to właśnie księżyc zaświecił prosto w okno izdebki i zalśnił pięknie na świeżo wyczyszczonej wielkiej lampie z miedzi, wiszącej na gwoździu u drzwi. Tę lampę podarował kiedyś dziadkowi nadsztygar*.
Dziecko spojrzało zaciekawione. Lampę znało, bo przecież dziadek co dzień zabierał ją ze sobą na kopalnię. Ale w świetle księżyca lampa wydawała się chłopcu inna, większa, wspanialsza, taka właśnie, jaką mieć powinien górnik z baśni, nie zwyczajny dziadek, Paweł Duda.
— Starzyku! — rzekł, — Postawcie waszą lampę na stole. Nie pali się ona przecież, a tak się świeci cała od miesiąca! Aż dziw patrzeć, jak się odmieniła.
Paweł Duda ustawił lampę na wprost okna, by światło księżyca jeszcze mocniej się w niej odbijało,
— Masz oto, Pietrek,,, Dziwuj się.,.
W świetle księżyca lampa przemieniła się i wypiękniała. Stała się jeszcze okazalsza, aniżeli bywa zwykle wielka miedziana blenda*, którą na dole w kopalni nosi ze sobą sztygar.
Wpatrzył się w nią staruszek i jakby wrósł oczami, a księżyc sączył przez okno coraz to piękniejszą, coraz hojniejszą poświatę ze srebra.
Wtedy przypomniał sobie Paweł Duda dziwne zdarzenie, dawne, sprzed ćwierci wieku chyba. Działo się to w kopalni, kiedy Paweł pracował na dole jako maszynista i prowadził lokomotywkę ciągnącą wózki z węglem, W zdarzeniu owym występowała również lampa. Wielka, wspaniała, miedziana, jaką tylko dojrzeć można w mroku kopalni.
Umyślił teraz opowiedzieć to zdarzenie choremu wnuczkowi. Może chłopiec zasłucha się i zaśnie?
— No, Pietrek — rzekł — legnij se wygodnie, a słuchaj dobrze, co ci powiem. Jak się zaciekawisz a uspokoisz, to i senność prędzej przyjdzie,
— A o czym będziecie rozprawiać, starzyku? — spytało żywo dziecko.
Chłopiec pochwycił starego za rękę i przyciągnął do siebie. Paweł Duda usiadł na brzegu łóżka.
— Obaczysz, Pietruś, obaczysz — łagodnie powiedział do malca,— Ino dobrze słuchaj.
Młody byłem i jeszcze na naszej „Barbarze" na dole byłem maszynistą. W chodniku przewozowym mieliśmy już wtedy szyny, a po nich lokomotywka moja przez całą zmianę to ciągnęła za sobą pełne wozy pod szyb, to znowu próżne popychała przed sobą, do miejsca, gdzie ładowacze szybko wrzucali do nich węgiel. Rad byłem tej robocie, lubili mnie kamraci, bo i o wozy się starałem, i zważałem pilnie, by jakiego wypadku nie było. Jadę raz chodnikiem, a była to nocna zmiana. Wozy chroboczą, maszynka* moja zgrzyta kołami i gada po swojemu: Pyk... pyk... pyk... Dokoła mrok, jak to zwyczajnie w kopalni, że o dziesięć kroków widać tylko światło lampy, nie zaś samego nadchodzącego górnika.
Baczę tedy pilnie na szyny i jadę.
Wtem jakiś górnik wyskakuje na tory i kiwa lampą, abym przystanął.
Lampa to zaś była wielka, miedziana i dawała tak silne światło, żem drgnął i zaniewidział na chwilę. Wydało mi się, że ktoś bryznął mi do oczu strumieniem ognia. Poraziła mnie światłość niezwyczajna, jakby ta od miesiąca, która teraz w izbie się srebrzy.
Przystanąłem, Zgrzytnęły koła, zahurkotały wozy.
Wyskoczyłem co szybciej na tory, pilno mi było zobaczyć owego górnika z lampą miedzianą i zapytać go, po co on na mnie kiwa.
Przeszedłem wszystkie wozy, bom je właśnie próżne odprowadzał ładowaczom do przodka, patrzę — nie ma nikogo. Wołam — nikt nie odpowiada.
Cisza taka i ćma dokoła, jakby ludziska gdzieś się przede mną umyślnie pokryli.
Nie ulęknę się lada czego i to wiem, że bojaźń górnikowi nie przystoi. Ale wtedy mróz mi przebiegł po plecach, A nuż spoza drewnianych stojaków błyśnie na mnie zielonym okiem Skarbnik?
A nuż naprzeciw mnie wystąpi teraz korowód cieni, owych ludzi, co to ich zasypało kiedyś w tym chodniku, nim ułożono w nim szyny? Nie znaleźli ich towarzysze i tak już pół wieku śpią tu snem nieprzespanym.
Otrząsnąłem się z lęku i raz jeszcze spojrzałem po torach.
Za wozami nie było nikogo,
— Tfu! Dziwna rzecz. Przeciem dziś gorzały nie pił — gadałem sam do siebie i splunąłem na stronę, bom w ustach poczuł jakąś gorycz obmierzłą.
Wsiadłem znów do maszynki i ruszyłem naprzód, by na czas dostawić wozy do przodka.
Zazgrzytały znowu po szynach koła, maszynka gadać poczęła zwyczajnie — szu... szuu... i ujechała nie więcej niż dwadzieścia kroków.
Spozieram na tory, aż tu górnik znów z ciemności wybiega, staje na torze i lampą miedzianą na mnie kiwa. Znów poraziło mnie światło aż do bólu, alem przetarł oczyska palcami i co rychlej wyskoczyłem na spąg, by tego górnika dopaść.
„Czego chce? Kto zaś jest? Możem zawczas przystanął?" — huczało w mej głowie.
Przeszedłem wszystkie wozy. Dochodzę do ostatniego. Nic. I teraz nie ma nikogo. Dokoła cichutko, choćby nocą w kościele.
Rozgniewałem się mocno, zerwałem czapkę i cisnąłem na tory.
— No, terozki, choćby was tu i dziesięciu wyskoczyło ku mnie, to jadę, pierońskie ciarachy*! — wrzasnąłem głośno.
Nikt mi jednakże nie odpowiedział.
Ruszyłem znowu.
I po raz trzeci ów górnik wyskoczył nagle na tory i jeszcze silniej, jeszcze prędzej zaczął dawać mi znaki miedzianą lampą! Światło jej lało się strumieniem na wozy i na mnie, ze srebrnego stało się zielone, potem żółtozłote, wreszcie buchnęło niby czerwony płomień z wielkiego ogniska. Wydało mi się, że się tlą na mnie łachy. Gorąco. Zapierało dech. W ustach zaschło.
— Teraz się nie dam tobie mamić, ty marcho oszkliwa! — mruknąłem przez zęby. — Teraz jadę. Słyszysz, pieronie? Jaadę!...
— Drr... drr... chrup... chrup... — zagadały wozy.
— Szszu... szszu... szszu... — odpowiedziała im maszynka. Jechałem prosto przed siebie, oślepiony blaskiem miedzianej lampy, zgrzany i spotniały od dziwnego żaru, który szedł od niej. Jechałem nie bacząc, że przede mną stoi człowiek.
Nagle światło zgasło i tylko nikłe lampy mojej maszynki oświetlały tor i w tej chwili posłyszałem krzyk, straszny, bolesny krzyk przejechanego człowieka.
— Boże! Com uczynił! Com uczynił! — szeptałem do siebie czując, jak żałość chłodnymi, ostrymi palcami dławi mnie za gardło, jak mi się serce rozrywa od boleści i wstydu, żem zabił człowieka!
Bolesny krzyk nie cichł ani na chwilę.
Co będzie teraz? Przybiegną ludzie, sztygarzy. Och, cóżem to zrobił! Trza było stać, choćby do końca szychty*!
Wyskoczyłem znowu na spąg.
Pobiegłem za wozy już po raz trzeci tej nocy, drżałem ze zgrozy... Na czoło wystąpił mi zimny pot... Ręce drżały i stały się jakby nie moje. Tam pod wozami leży krwawy strzęp! A ja, a ja to przecież uczyniłem. Biegnę, potykam się i znów biegnę!
Świecę moją karbidką pod wozy, pod wszystkie po kolei, aż do ostatniego, i czuję, że włosy unoszą się na mej głowie.
Pod wozami nie ma nikogo!
Nikogo nie ma na torach, krzyk zaś nie milknie ani na chwilę! A człowieka nie widać.
— Co to? Co robić teraz? — jęczą moje usta zesztywniałe i wykrzywione strachem. — Może to przyszła na mnie choroba. Może w gorączce jestem i zdaje mi się, że słyszę krzyk. Dotykam czoła. Nie! Zimne zupełnie. Głowa nie boli. Więc co to? Zwidziało mi się czy jak?
Przeszedłem raz jeszcze wszystkie wozy!
Kiedym stanął przy ostatnim, o kilka kroków przede mną ktoś jęknął przeciągle, raz drugi i trzeci a potem nic! Ucichło nagle! Poświeciłem lampą na tor. Nikogo! Nasłuchiwałem chwilę i nic! „Mamidła jakieś. Marchy ! — myślałem sobie — a przecież robota pilna".
Wsiadłem do maszynki i ruszyłem wolniuśko, wciąż nastawiając ucha.
Słyszałem tylko spokojne zgrzytanie kół wozów, które lokomotywa popychała tym razem przed sobą.
Nie ujechałem jednakże daleko. Z głuchym łoskotem, z szumem przeciągłym, zawalił się przede mną strop i przysypał te wozy, które szły na samym przodzie, a najdalej były ode mnie.
Takem wtedy cało wyszedł z przygody, a i nikomu z ludzi w kopalni nic się nie stało.
Miedziana lampa ostrzegła mnie przed nieszczęściem.
— A ten człowiek? Kto to był, starzyku? — zapytał mały Pietrek i ciasno przytulił się do dziadka, poruszony jego opowieścią. Słuchał cały czas bez jednego słowa, nie śmiejąc nawet głośniej oddychać.
— Nie spotkałem tego człowieka nigdy potem — rzekł stary maszynista. — I nikt na dole nie miał tak pięknej miedzianej lampy, jak on.
— Ale przecież widzieliście go, starzyku? Tak? — nalegał mały.
— Widziałem go tylko raz jeden, wtedy w nocną zmianę. Potem stracił się gdzieś i tylko rozprawialiśmy o nim długo w kopalni. Ludzie mówili u nas na „Barbarze", że to nikt inszy, tylko sam Skarbnik stanął wtedy przede mną i ostrzegł przed zawaleniem stropu.
Tak bywa czasem w kopalni — Skarbnik tam czuwa zawsze i ostrzega górników.
Mały Pietrek nie słyszał już tych słów. Usnął mocno, oparłszy jasnowłosą głowę na ramieniu dziadka.
Paweł Duda odsunął go ostrożnie i ułożył na pościeli. Potem wziął ze stołu miedzianą lampę i powiesił na gwoździu, na jej zwykłym miejscu.
Księżyc schował się właśnie za chmury. Tu i ówdzie widać było na niebie oddalone gwiazdy, pobladłe od bliskiego świtu.
Miedziana lampa poszarzała teraz i jakby w oczach zmalała. Stała się na nowo zwykłą, starą lampą oliwną, jaką przed laty górnik świecił sobie przy pracy w kopalni.

środa, 16 sierpnia 2017

Czarodziejski imbryczek (japońska)

W ciemnym sosnowym lesie stała niegdyś drewniana świątynia. Obok niej w małym domku mieszkał bonza*, który odprawiał nabożeństwa i strzegł świętego przybytku. Pośród sprzętów należących do świątyni znajdował się stary imbryk do zaparzania herbaty Na pozór naczynie to nie odznaczało się niczym szczególnym: ot, imbryk, jakich wiele. Chodziły jednak słuchy, że posiada on właściwości czarodziejskie, i pewnie dlatego nie używano go do przyrządzania herbaty. Pewnego dnia, kiedy bonza układał się do zwykłej poobiedniej drzemki, zapragnął napić się herbaty Nie mając pod ręką innego naczynia, sięgnął po stary imbryk, nalał do niego wody i postawił na piecyku wypełnionym żarzącymi się węglami. Po chwili podszedł, aby zaparzyć herbatę, ale cofnął się przerażony. Stała się bowiem rzecz niezwykła. Tam gdzie był dziobek imbryka, bonza zobaczył kształtny łebek borsuka o rozwartym pyszczku, na miejscu uszka imbryka sterczał puszysty ogonek. Bonza osłupiał a imbryczkowi-borsukowi widocznie zrobiło się na piecyku gorąco, bo żywo zeskoczył na matę i zaczął węszyć po kątach. Kiedy mu się to sprzykrzyło, podszedł do bonzy, Nie miał zapewne złych zamiarów bo wesoło kręcił ogonkiem, a małe oczka iskrzyły mu się przyjaźnie. Ale bonza przestraszył się nie na żarty i zawołał rozpaczliwie:
-Ratunku!... Na krzyk bonzy zbiegli się jego uczniowie, którzy korzystając z przerwy w nauce
odpoczywali w ogrodzie. Nie wiedzieli, co się stało, więc każdy porwał co miał pod ręką.
I oto naprzeciw borsuka stanęła zbrojna gromadka: jeden trzymał miotłę, drugi szczypce, inny łopatę, a nad nimi, niby chorągiew, powiewały białe spodenki na bambusowej tyczce, takiej, na jakich zazwyczaj w Japonii suszy się bieliznę. Pośród zdumionych niezwykłym widokiem uczniów znalazł się śmiałek, który zawołał głośno:
- Skoro nicpoń-borsuk dostał się do świątyni, trzeba go stąd wypędzić! Zapomniał on, że borsuk wcale nie jest złym stworzeniem, chociaż czasem lubi płatać ludziom figle. Tak to imbryk, który tymczasem przyjął swą zwykłą postać, został wyrzucony na śmietnik.
Kiedy bonza ochłonął z pierwszego wrażenia, zaczął żałować, że pozwolił uczniom wyrzucić imbryk. Lepiej by było sprzedać go mieszkającemu w pobliżu staremu blacharzowi. Przydałoby się trochę grosza w skarbonce. A że omyłka była do naprawienia, wziąwszy imbryk, wyszedł o zmierzchu z domu. Blacharz, do którego skierował się chciwy bonza, był niezamożny, ale uczciwy. Zarabiał niewiele, a rodzinę miał liczną, toteż każdy wydatek był dla niego przykrym ciężarem. Nie zachwycił się więc propozycją bonzy, ale nie okazał mu tego. Długo szperał w swojej połatanej sakiewce, aż wreszcie wydobył kilka miedziaków. W ten sposób imbryk stał się własnością ubogiego blacharza. Zapadła ciemna, głęboka noc. W domu blacharza wszyscy już twardo spali, kiedy staruszka obudził jakiś szmer. Przekonany, że to hałasują myszy albo szczury zawołał sennie:
- Szszu... szszu... wstrętne szkodniki! I byłby może spał dalej, lecz nagle coś go musnęło
po twarzy. - To mi dopiero! - krzyknął rozgniewany nie na żarty i zerwał się z posłania. Zapalił lampkę i wzdrygnął się nie wierząc własnym oczom. Kupiony wieczorem imbryk stał przed nim w postaci borsuka. Blacharz nie był tchórzem, ale nie lubił mieć do czynienia z duchami. Chwycił więc pręt, który mu się nawinął pod rękę, i chciał wystraszyć zwierzątko. Ale borsuka już nie było - przed blacharzem znowu stał zwykły, stary imbryk.
- Co za przywidzenie - przemówił staruszek przyglądając mu się z niedowierzaniem. Nie dostrzegłszy nic podejrzanego, zgasił lampkę i zasnął. Reszta nocy upłynęła spokojnie. Nazajutrz blacharz opowiedział żonie o nocnym zdarzeniu i po wspólnej naradzie postanowił zwrócić imbryk bonzie. Tego dnia jednak staruszek nie mógł się oderwać od roboty gdyż jakimś dziwnym trafem u wszystkich sąsiadów popękały imbryki. Nastała noc.
I znów o północy powtórzył się dziwny hałas.
- Jeśli cię nie oddam bonzie, to przynajmniej wyrzucę z domu! - zawołał gniewnie blacharz
i wyskoczył z łóżka.
- Ach, nie wyrzucaj mnie! - odezwał się nagle imbryczek. - Jak widzisz, nie jestem zwykłym naczyniem i jeżeli posłuchasz mej rady, wiele na tym skorzystasz. Wiem, że jesteś biedny i musisz utrzymywać liczną rodzinę, więc chciałbym ci dopomóc. Zostaw swoją robotę i chodź lepiej ze mną w szeroki świat. Nie musisz się o nic martwić, weź tylko z sobą jakikolwiek instrument muzyczny.
Słowa te trafiły do przekonania staruszkowi. Zabrał bambusowy flet, parę drobiazgów w skromnym zawiniątku i wraz z imbrykiem ruszył w drogę. Wkrótce blacharz i jego czarodziejski imbryczek zasłynęli na całą Japonię. Gromady ludzi zbiegały się zewsząd, gdy imbryk puszczał się w tany i wyczyniał przedziwne sztuki, a blacharz przygrywał mu na flecie. Bogaci chętnie zapraszali ich do siebie, a razu pewnego sam cesarz wezwał blacharza, aby wraz z czarodziejskim imbrykiem wystąpił w jego pałacu.
Staruszek nigdy nie marzył o tak wielkim zaszczycie. Przepyszne szaty rodziny cesarskiej i dam dworu - barwne, bogato haftowane srebrem i złotem - onieśmielały go. Cesarz z podziwem przyglądał się tańcom czarodziejskiego imbryczka i hojnie nagrodził blacharza. Poczciwy staruszek pośpieszył zaraz do domu, gdzie z utęsknieniem czekała na niego żona i dzieci. Odtąd rodzina blacharza nie zaznała już biedy. Żyli w dostatku, wspierając ludzi ubogich, jakimi sami niegdyś byli. A sprawca ich szczęścia - czarodziejski imbryczek stał się jakby członkiem rodziny. Umieszczono go na honorowym miejscu, we wnęce obok posążka Buddy.

czwartek, 23 marca 2017

Trzy rady - S.Dzikowski

Staremu człowiekowi śmierć już w oczy zaglądała. Z pościeli wstawać nie mógł, całymi dniami trwał w zapamiętaniu, jakby dusza zeń uchodziła. Nic go na świecie nie ciekawiło i nawet nie wypytywał jedynego syna o sprawy gospodarskie.
Dopiero pewnego dnia jakby z powrotem przytomność odzyskał, zawołał jedynaka i tak do niego przemówił:
— Słuchaj, synaczku, niedługo już śmierć mi oczy zamknie, a więc idź i zawołaj dwóch sąsiadów, bo chcę moją ostatnią wolę wypowiedzieć, abyś wiedział, jak masz się rządzić w dalszym twoim życiu.
Te słowa zdziwiły bardzo syna.
— Jakież, ojcze — spytał — chcesz czynić rozporządzenia? — Przecież tylko mnie jednego masz na świecie. Majątek, który posiadasz, mnie przypaść musi, więc po cóż wzywać świadków.
Ale ojciec obstawał przy swoim:
— Żądam dwóch świadków, a ty się mojej woli nie sprzeci­wiaj!
Młodzieniec, zdjęty ciekawością, przyprowadził czym rychlej dwóch sąsiadów, których starzec uprzejmie powitał i kazał im usiąść przy sobie. Po chwilowej pogwarce zaczął mówić z wolna, jakby po długim namyśle:
— Majątek, który mi Pan Bóg zebrać dozwolił, po śmierci mojej do ciebie należy. Teraz udzielam ci tylko ostatniego na­pomnienia, do którego masz się rzetelnie stosować. Zapamiętaj sobie dobrze: po pierwsze, przyjaciół za często nie odwiedzaj, po drugie, żywizny nikomu nie pożyczaj, po trzecie, żony w cudzej wsi nie szukaj. I to jest wszystko, co ci mam do powiedzenia na śmiertelnym łożu.
W kilka dni potem, kiedy koło południa mgła gęsto świat prze­słoniła, a wieczorem sowa wołać zaczęła, zmarło się starcowi. Syn wyprawił mu pogrzeb okazały, bo pieniędzy i majątku zostało co niemiara.
Ostatnie słowa ojca utkwiły mocno w pamięci młodego gospo­darza i ciągle nad tym rozmyślał, czy prawdą jest to, co stary gadał.
Niebawem zdarzyło się, że sąsiad najbliższy poprosił go o poży­czenie kobyły, aby mógł sobie zaorać kawałek pola. A kobyła ta była źrebna. Wyszedłszy w pole zobaczył, że sąsiad przy orce okładał kobyłę niemiłosiernie batem. Podszedł bliżej za krzakami i ujrzał w końcu, że kobyła, zmordowana nad miarę, padła na ziemię i oźrebiła się. Sąsiad schwycił źrebię i rzucił je w ciernie, a kobyle kazał dalej pług ciągnąć.
„Ojciec dobrze mi radził" — pomyślał gospodarz i wrócił do domu.
Na drugi dzień wybrał się do przyjaciół, których miał zamiar po raz trzeci odwiedzić. Dotychczas byli mu zawsze radzi, tym razem jednak nie zastał ich w domu. Przyjaciele poszli do kościo­ła, a w izbie bawiły się małe dzieci, które zobaczywszy go poczęły się chwalić, że matka przygotowała dużo dobrych rzeczy: kołacze, kluski, kiełbasę i dzban piwa. Na razie jednak wszystko schowane jest na piecu i pod ławą. Kiedy przyjaciele wrócili do domu, zaczęli się skarżyć, że w ostatnich czasach bardzo zbiednieli, tak zbiednieli, że nie mogli sobie nawet nic na święta przygotować.
I znowu przypomniała mu się przestroga ojca, aby przyjaciół za często nie odwiedzać. Pożegnał się z nimi, ale przedtem zapro­sił ich na wesele, które miało się odbyć już za kilka dni.
Wbrew przestrogom ojca znalazł sobie żonę w drugiej wsi. Na dzień przed ślubem postanowił zajść do niej jeszcze raz, żeby zobaczyć, czy wszystko zostało należycie przygotowane. U narze­czonej zastał młodego parobka, Piotra, który miał być pierwszym drużbą. Zabawili się długo, a że droga do domu była daleka, spy­tał narzeczoną, czy nie mógłby u niej zostać na noc. Bez wielkiej ochoty pościeliła mu na ławie, a sama poszła spać do komory.
Parobek gdzieś się stracił, ale kiedy już głucha noc nastała, skrzypnęły drzwi i dało się słyszeć ostrożne człapanie bosych nóg.
Młody gospodarz, który oka jeszcze nie zmrużył, domyślił się od razu, co w trawie piszczy.
Po chwili dał się słyszeć namiętny głos dziewczyny:
— Dziś, Piotrze, weselmy się za wszystkie czasy, bo to nasza ostatnia noc...
Kiedy zmęczeni usnęli, gospodarz wstał, podszedł cicho i wyciął kawałek sukna na skos z parobczanych spodni, a potem poszedł do domu.
Na drugi dzień zebrało się u niego dużo zaproszonych gości. Był i sąsiad, któremu pożyczył kobyłę, byli i jego przyjaciele, był i parobek Piotr. Mieli niebawem wszyscy wyruszyć do ko­ścioła, a muzykanci gotowali się już, aby zagrać weselnego mar­sza.
Ale pan młody zatrzymał rozochoconą gromadę, skoro miał im jeszcze coś bardzo ważnego do powiedzenia. Wszyscy mocno rozciekawieni słuchali z wielką uwagą słów jego.
— Stary mój ojciec — mówił — zostawił mi na łożu śmiertel­nym trzy rady. Po pierwsze, abym żywizny w cudze nie oddawał ręce. Tyś, miły sąsiedzie, pożyczył ode mnie źrebną kobyłę i biłeś ją przy orce tak mocno, że się oźrebiła na polu, a źrebię rzuciłeś w ciernie. W ten sposób wypełniła się pierwsza przestroga. Potem radził ojciec, abym za często nie odwiedzał przyjaciół. Kiedym przyszedł do was, mili przyjaciele, schowaliście przede mną kieł­basę, kołacze i piwo, a sami udaliście wielkich biedaków. Po raz drugi prawdę powiedział ojciec. Wreszcie przestrzegał mnie, abym żony w cudzej wsi nie szukał. I oto skorom wczoraj u ciebie, miła panno, nocował, leżałaś w łóżku z drużbą i chyba nie może być inaczej, tylko z nim musisz pójść do ołtarza.
A kiedy dziewczyna gorąco przeczyć zaczęła, młody gospodarz pokazał kawałek sukna wyciętego w nocy z parobczyńskich por­tek. Przystawały tak doskonale, że trudno było nie wierzyć.
— Jeżeli macie ochotę — rzekł jeszcze — to proszę, pijcie i jedzcie, a potem idźcie sobie stąd i zostawcie mnie samego, bo wesele się nie odbędzie.
Nikt jednak nie miał ochoty ani na zabawę, ani na poczęstunek. Wymykali się chyłkiem jedni za drugimi. W pustej chacie został sam jeden, młody i tak już doświadczony gospodarz...

Leniwa dziewczyna - S.Dzikowski

Miała matkę córkę Kasię. Ładna była i zdrowa, ale straszne próżniaczysko. Do dwudziestu lat siedziała na piecu i nic robić nie chciała, tylko albo spała, albo jadła. Nie umyła się nigdy, nie uczesała, łeb miała zawsze rozkudłany, rozczochrany, więc ją wszy­scy leniwą Kudłą nazywali. Matka musiała całe gospodarstwo sama obrządzać, bo gdyby na Kudłę czekała, to by garnki były zawsze okopciałe i brudne, izba nie zamieciona, krowa nie wydojona. Nieraz ją do roboty naganiała i tak jej mówiła:
— Ej, Kudła, naucz ty się robić, bo ciebie żaden wojewodzie nie pojmie za żonę, tylko kmiecy syn na roli. Każe ci się dobrze nauwijać i nie będzie chciał słuchać, jak ty mu powiesz, że cię rączki bolą.
Ale Kudła nic nie odpowiedziała, tylko przewracała się na drugi bok i spała dalej.
Wszystkie dziewuchy w równych z nią latach dawno już za mąż powychodziły, ale na Kudłę nikt spojrzeć nie chciał, bo cóż komu po takiej kobiecie, która ani wyprać, ani ugotować nie umie. Tymczasem jej się uwidział bardzo młody leśny, który mieszkał niedaleko od ich chałupy i czasem do matki Kudły zachodził.
Jednej nocy wstała po cichu, ubrała się w prześcieradło, zrobi­ła się podobna do śmierci, poszła tam, gdzie mieszkał leśny, sta­nęła koło okna i woła na niego:
— Śpisz ty?
— Nie.
— Kazał Pan Jezus i święta Anna, żebyś se pojął Kudłę za żonę. Ażebyś pojął, ażebyś pojął!
I zaraz się straciła.
Chłop do rana nie mógł zmrużyć oka ze strachu. O świcie wstał i poszedł do mieszkania Kudły, a tu ona leży na piecu umyta, licz­ka ma gładkie, nic nie mówi, tylko patrzy na niego, jakby go chciała przewiercić oczyma. Spodobała mu się jakoś, ale nic nie powiedział, tylko poszedł dalej.
Na drugą noc o tej samej godzinie pokazała się biała, wysoka kobieta i woła:
— Śpisz ty?
— Nie.— Kazał Pan Jezus i święta Anna, żebyś se pojął Kudłę za żonę. Ażebyś pojął, ażebyś pojął, bo inaczej, to ci łeb urwę!
Leśny jeszcze się więcej przestraszył i pomyślał sobie, że chyba trzeba się ożenić z tym wałkoniem, co cały dzień na piecu leży. Poszedł do ich chałupy na śródwieczerz, aż tu widzi Kudłę na piecu jeszcze lepiej umytą i pięknie uczesaną. Podobała mu się jeszcze bardziej, ale że tam zeszło się gości huk, nie miał sposob­ności z nią gadać i poszedł dalej.
Na trzecią noc znów biała kobieta kołacze do okna i mówi:
— Śpisz ty?
— Nie.
— Kazał Pan Jezus i święta Anna, żebyś se pojął Kudłę za żonę. Ażebyś pojął, ażebyś pojął, bo ostatni raz mówię, inaczej łeb ci urwę!
Chłop zerwał się z pościeli, wyleciał przed chałupę — ale tu już nikogusieńko nie było. Tak się zestraszył, że z samego rana poleciał do sąsiadów i cóż widzi: w progu spotyka Kudłę, pięknie ubraną. Ledwie ją poznał, tak wyładniała. Już się więcej nie na­myślał, tylko uderzył do matki o córkę. Matczysko się z chęcią zgodziło, prosiła tylko, żeby nigdy Kudły nie bił. Leśny przyrzekł i tak najpierw były zwiady, a potem wesele.
Zaczęło się gospodarstwo we dwoje. A musiał on chodzić z sa­mego rana do lasu i dopiero potem wracał na śniadanie. Kiedy pierwszego dnia wstał, żona jeszcze spała, a tu dwie krowy rycza­ły w oborze, bo nie miały nic do żarcia. Leśny obrządził bydło i poszedł do swojej roboty, a skoro wrócił, nie było śniadania, ani porządku w chałupie. Patrzy, a Kudła znowu się rozkudłała, wla­zła na piec i śpi.
Z początku nic nie mówił, tylko biedował, jak mógł. Sam sobie garnki mył, sam prał, sam gotował, aż mu się to uprzykrzyło. Wystarał się więc o służbę w innym miejscu, z pięć mil od tej wsi, i wziął Kudłę ze sobą. Ona zaś i na nowym miejscu po sta­remu nic nie robiła, tylko wylegiwała się na piecu. Ale leśny wziął się na sposób.
Miał on starą torbę strzelecką, która wisiała nad łóżkiem. Jed­nego dnia, kiedy szedł do lasu, zaczął do tej torby gadać, że ma ugotować śniadanie, potem posprzątać i zrobić wszystko, co po­trzeba.
— Bo inaczej — powiada — jak z lasu wrócę, to cię okropnie skatuję.
Kudła słucha, nic nie mówi, tylko spod oka ciągle zerka, rychło torba zejdzie z kołka i weźmie się do roboty. Ale torba jak wi­siała, tak wisi, a Kudła śmieje się i mówi do niej:
— Czekaj no, będziesz ty się miała, jak on wróci z lasu.
Leśny wrócił do domu i widzi, że torba nic nie zrobiła, więc zaczyna jej wygrażać:
— Popamiętasz ty sobie teraz! Zaraz my sąd zrobimy! Tu dę­bowy świadek będzie!
I mówi do Kudły:
— Weź no torbę i potrzymaj na swoich plecach, a ja ją dobrze wyłomocę, to ona mnie na drugi raz usłucha.
Kudła się śmieje i myśli, co z tego będzie. Tymczasem leśny przyniósł tęgą pałę i nuże bić torbę na Kudlinych plecach. Kudła w gwałt, a leśny bije i bije. Zbił, ale nie Kudłę, tylko torbę.
Na drugi dzień idzie do lasu znowu i znowu mówi do torby:
— Żebyś mi ugotowała, żebyś wszystko w chałupie obrobiła, bo inaczej, to bym ci znowu nasypał!
Ledwo tylko wyszedł z chałupy, Kudła wyskoczyła z wyrka i dalejże do roboty. Kiedy leśny przyszedł do domu, zobaczył, że wszystko jest w porządku, więc pyta:
— Dziś chyba nie będziemy uczyć torby rozumu?
A Kudła odpowiada:
— O, dziś nie trzeba!
— Tak rób — mówi leśny znowu do torby — to nigdy nie do­staniesz lania.
I tak już dalej było. Kudła codziennie rano wstawała, a kiedy leśny przychodził do domu, wszystko było oporządzone, jak się należy. O torbie nawet zapomnieli i o tym także, że na gospodynię kiedyś leniwa Kudła wołali. Kasia, Kasieńka — było teraz jej imię.
Po długim czasie matka chciała zobaczyć, jak się jej córce po­wodzi, więc pojechała do niej w gościnę.
Jakże się zdziwiła, kiedy zobaczyła u niej takie porządki w izbie i w oborze. Aż się jej serce zaśmiało, że z leniwej Kudły zrobiła się taka dobra gospodyni. I pyta jej:
— Jakże to być może, że u ciebie tak czysto, chędogo, żeś tak pracowita, kiedy w domu nic robić nie chciałaś? On cię pewno bił bardzo, nim cię pracy nauczył?
— Ach, nie — odpowiedziała córka — tylko raz wybiliśmy tor­bę, ale potem już nie było trzeba.
Matka cieszyła się bardzo, a Kasia jakoś na nią patrzy dziwnie raz i drugi, trochę zakłopotana, trochę zmieszana — nareszcie powiada:
— Wiecie, matusiu, co, idźcie na podwórze i przynieście choć kilka drewek, bo w tym domu darmo jeść nie dają…

czwartek, 31 grudnia 2015

Król na polowaniu (tybetańska)

To historia o królu, który pojechał na polowanie i skaleczył się w palec.
W jego świcie był lekarz, więc król poprosił go, żeby obejrzał ten palec. Lekarz obejrzał jego palec i założył mu opatrunek. Król zapytał: „i wszystko będzie dobrze?”. Lekarz odpowiedział: „dobrze, źle - kto to wie?”. To mądra myśl, ale król nie był zadowolony i kiedy wrócił do pałacu po polowaniu, jego palec był czerwony, bo wdała się infekcja. Król zawołał lekarza: „zobacz, z moim palcem jest coś nie tak”. Lekarz zdjął bandaż, posmarował palec maścią i założył nowy opatrunek. Król znowu zapytał: „czy wszystko będzie dobrze?” A lekarz znów odparł: „dobrze, źle - kto to wie?” Królowi nie podobała się ta odpowiedź, ale miał dużo pracy i kazał głupiemu lekarzowi odejść.
Kilka dni później jego palec wyglądał już tak źle, że lekarz musiał go amputować. Jeśli wam by się to przydarzyło, pozwalibyście lekarza. Poszlibyście do sądu i dostali jakieś odszkodowanie. Ale wtedy nie było odszkodowań, więc król wtrącił lekarza do lochu pod pałacem, krzycząc: „ty głupcze, zobacz co się stało z moim palcem przez to twoje "dobrze, źle - kto to wie?" Co teraz powiesz?” I wiecie, co powiedział lekarz? „Dobrze, źle - kto to wie?” Król stwierdził, że to wariat i zostawił go, żeby zgnił w lochu.
Kilka tygodni później, kiedy jego palec się zagoił, wrócił do swojej ulubionej rozrywki, czyli polowania. Tym razem zapędził się daleko w pogoni za jakąś zwierzyną, zgubił swoją świtę i nie wiedział jak wrócić. Błąkał się po lesie, aż został złapany przez ludzi, którzy tam mieszkali. Nie wiedzieli, że jest królem, złapali go tak po prostu. To było w jakieś ich święto, więc zabrali go do kapłana, żeby złożył go w ofierze ich bogom. Związali go i kapłan zaczął odprawiać czary, potem wyjął nóż do składania ofiar i już miał poderżnąć królowi gardło, ale w ostatniej chwili kapłan zauważył, że król nie ma jednego palca. Kazał wszystko przerwać. Powiedział: „jeśli składamy ofiarę bogom, to to nie może być ktoś niedoskonały. On nie jest doskonały; nie ma jednego palca. Uwolnijcie go.” Dlatego, że stracił jeden palec, nie był doskonały i nie mógł zostać złożony w ofierze. Uwolnili go, i wtedy król pomyślał: „cóż za przemądry człowiek z tego lekarza! Straciłem palec i myślałem, że to źle, ale tak naprawdę to było coś dobrego, bo gdybym miał dziesięć palców, to już bym nie żył!”
Jak tylko wrócił do pałacu, skierował się prosto do więzienia, do celi lekarza, otworzył drzwi i powiedział: „jesteś wolny!” i zaczął przepraszać, mówiąc, że lekarz miał rację i opowiedział mu, co mu się przytrafiło i przyznał, że to dobrze, że stracił palec, bo inaczej zostałby złożony w ofierze i już by nie żył. Król czuł się źle przez to, jak go potraktował, więc poprosił go o wybaczenie, mówiąc: „wybacz mi, źle zrobiłem wtrącając cię do lochu”. Lekarz na to: „jak to źle zrobiłeś? Dobrze, że siedziałem w lochu. Bo gdybym nie był w więzieniu, byłbym na tym polowaniu, też zostałbym złapany, a ja mam dziesięć palców!”