czwartek, 23 marca 2017

Trzy rady - S.Dzikowski

Staremu człowiekowi śmierć już w oczy zaglądała. Z pościeli wstawać nie mógł, całymi dniami trwał w zapamiętaniu, jakby dusza zeń uchodziła. Nic go na świecie nie ciekawiło i nawet nie wypytywał jedynego syna o sprawy gospodarskie.
Dopiero pewnego dnia jakby z powrotem przytomność odzyskał, zawołał jedynaka i tak do niego przemówił:
— Słuchaj, synaczku, niedługo już śmierć mi oczy zamknie, a więc idź i zawołaj dwóch sąsiadów, bo chcę moją ostatnią wolę wypowiedzieć, abyś wiedział, jak masz się rządzić w dalszym twoim życiu.
Te słowa zdziwiły bardzo syna.
— Jakież, ojcze — spytał — chcesz czynić rozporządzenia? — Przecież tylko mnie jednego masz na świecie. Majątek, który posiadasz, mnie przypaść musi, więc po cóż wzywać świadków.
Ale ojciec obstawał przy swoim:
— Żądam dwóch świadków, a ty się mojej woli nie sprzeci­wiaj!
Młodzieniec, zdjęty ciekawością, przyprowadził czym rychlej dwóch sąsiadów, których starzec uprzejmie powitał i kazał im usiąść przy sobie. Po chwilowej pogwarce zaczął mówić z wolna, jakby po długim namyśle:
— Majątek, który mi Pan Bóg zebrać dozwolił, po śmierci mojej do ciebie należy. Teraz udzielam ci tylko ostatniego na­pomnienia, do którego masz się rzetelnie stosować. Zapamiętaj sobie dobrze: po pierwsze, przyjaciół za często nie odwiedzaj, po drugie, żywizny nikomu nie pożyczaj, po trzecie, żony w cudzej wsi nie szukaj. I to jest wszystko, co ci mam do powiedzenia na śmiertelnym łożu.
W kilka dni potem, kiedy koło południa mgła gęsto świat prze­słoniła, a wieczorem sowa wołać zaczęła, zmarło się starcowi. Syn wyprawił mu pogrzeb okazały, bo pieniędzy i majątku zostało co niemiara.
Ostatnie słowa ojca utkwiły mocno w pamięci młodego gospo­darza i ciągle nad tym rozmyślał, czy prawdą jest to, co stary gadał.
Niebawem zdarzyło się, że sąsiad najbliższy poprosił go o poży­czenie kobyły, aby mógł sobie zaorać kawałek pola. A kobyła ta była źrebna. Wyszedłszy w pole zobaczył, że sąsiad przy orce okładał kobyłę niemiłosiernie batem. Podszedł bliżej za krzakami i ujrzał w końcu, że kobyła, zmordowana nad miarę, padła na ziemię i oźrebiła się. Sąsiad schwycił źrebię i rzucił je w ciernie, a kobyle kazał dalej pług ciągnąć.
„Ojciec dobrze mi radził" — pomyślał gospodarz i wrócił do domu.
Na drugi dzień wybrał się do przyjaciół, których miał zamiar po raz trzeci odwiedzić. Dotychczas byli mu zawsze radzi, tym razem jednak nie zastał ich w domu. Przyjaciele poszli do kościo­ła, a w izbie bawiły się małe dzieci, które zobaczywszy go poczęły się chwalić, że matka przygotowała dużo dobrych rzeczy: kołacze, kluski, kiełbasę i dzban piwa. Na razie jednak wszystko schowane jest na piecu i pod ławą. Kiedy przyjaciele wrócili do domu, zaczęli się skarżyć, że w ostatnich czasach bardzo zbiednieli, tak zbiednieli, że nie mogli sobie nawet nic na święta przygotować.
I znowu przypomniała mu się przestroga ojca, aby przyjaciół za często nie odwiedzać. Pożegnał się z nimi, ale przedtem zapro­sił ich na wesele, które miało się odbyć już za kilka dni.
Wbrew przestrogom ojca znalazł sobie żonę w drugiej wsi. Na dzień przed ślubem postanowił zajść do niej jeszcze raz, żeby zobaczyć, czy wszystko zostało należycie przygotowane. U narze­czonej zastał młodego parobka, Piotra, który miał być pierwszym drużbą. Zabawili się długo, a że droga do domu była daleka, spy­tał narzeczoną, czy nie mógłby u niej zostać na noc. Bez wielkiej ochoty pościeliła mu na ławie, a sama poszła spać do komory.
Parobek gdzieś się stracił, ale kiedy już głucha noc nastała, skrzypnęły drzwi i dało się słyszeć ostrożne człapanie bosych nóg.
Młody gospodarz, który oka jeszcze nie zmrużył, domyślił się od razu, co w trawie piszczy.
Po chwili dał się słyszeć namiętny głos dziewczyny:
— Dziś, Piotrze, weselmy się za wszystkie czasy, bo to nasza ostatnia noc...
Kiedy zmęczeni usnęli, gospodarz wstał, podszedł cicho i wyciął kawałek sukna na skos z parobczanych spodni, a potem poszedł do domu.
Na drugi dzień zebrało się u niego dużo zaproszonych gości. Był i sąsiad, któremu pożyczył kobyłę, byli i jego przyjaciele, był i parobek Piotr. Mieli niebawem wszyscy wyruszyć do ko­ścioła, a muzykanci gotowali się już, aby zagrać weselnego mar­sza.
Ale pan młody zatrzymał rozochoconą gromadę, skoro miał im jeszcze coś bardzo ważnego do powiedzenia. Wszyscy mocno rozciekawieni słuchali z wielką uwagą słów jego.
— Stary mój ojciec — mówił — zostawił mi na łożu śmiertel­nym trzy rady. Po pierwsze, abym żywizny w cudze nie oddawał ręce. Tyś, miły sąsiedzie, pożyczył ode mnie źrebną kobyłę i biłeś ją przy orce tak mocno, że się oźrebiła na polu, a źrebię rzuciłeś w ciernie. W ten sposób wypełniła się pierwsza przestroga. Potem radził ojciec, abym za często nie odwiedzał przyjaciół. Kiedym przyszedł do was, mili przyjaciele, schowaliście przede mną kieł­basę, kołacze i piwo, a sami udaliście wielkich biedaków. Po raz drugi prawdę powiedział ojciec. Wreszcie przestrzegał mnie, abym żony w cudzej wsi nie szukał. I oto skorom wczoraj u ciebie, miła panno, nocował, leżałaś w łóżku z drużbą i chyba nie może być inaczej, tylko z nim musisz pójść do ołtarza.
A kiedy dziewczyna gorąco przeczyć zaczęła, młody gospodarz pokazał kawałek sukna wyciętego w nocy z parobczyńskich por­tek. Przystawały tak doskonale, że trudno było nie wierzyć.
— Jeżeli macie ochotę — rzekł jeszcze — to proszę, pijcie i jedzcie, a potem idźcie sobie stąd i zostawcie mnie samego, bo wesele się nie odbędzie.
Nikt jednak nie miał ochoty ani na zabawę, ani na poczęstunek. Wymykali się chyłkiem jedni za drugimi. W pustej chacie został sam jeden, młody i tak już doświadczony gospodarz...

Leniwa dziewczyna - S.Dzikowski

Miała matkę córkę Kasię. Ładna była i zdrowa, ale straszne próżniaczysko. Do dwudziestu lat siedziała na piecu i nic robić nie chciała, tylko albo spała, albo jadła. Nie umyła się nigdy, nie uczesała, łeb miała zawsze rozkudłany, rozczochrany, więc ją wszy­scy leniwą Kudłą nazywali. Matka musiała całe gospodarstwo sama obrządzać, bo gdyby na Kudłę czekała, to by garnki były zawsze okopciałe i brudne, izba nie zamieciona, krowa nie wydojona. Nieraz ją do roboty naganiała i tak jej mówiła:
— Ej, Kudła, naucz ty się robić, bo ciebie żaden wojewodzie nie pojmie za żonę, tylko kmiecy syn na roli. Każe ci się dobrze nauwijać i nie będzie chciał słuchać, jak ty mu powiesz, że cię rączki bolą.
Ale Kudła nic nie odpowiedziała, tylko przewracała się na drugi bok i spała dalej.
Wszystkie dziewuchy w równych z nią latach dawno już za mąż powychodziły, ale na Kudłę nikt spojrzeć nie chciał, bo cóż komu po takiej kobiecie, która ani wyprać, ani ugotować nie umie. Tymczasem jej się uwidział bardzo młody leśny, który mieszkał niedaleko od ich chałupy i czasem do matki Kudły zachodził.
Jednej nocy wstała po cichu, ubrała się w prześcieradło, zrobi­ła się podobna do śmierci, poszła tam, gdzie mieszkał leśny, sta­nęła koło okna i woła na niego:
— Śpisz ty?
— Nie.
— Kazał Pan Jezus i święta Anna, żebyś se pojął Kudłę za żonę. Ażebyś pojął, ażebyś pojął!
I zaraz się straciła.
Chłop do rana nie mógł zmrużyć oka ze strachu. O świcie wstał i poszedł do mieszkania Kudły, a tu ona leży na piecu umyta, licz­ka ma gładkie, nic nie mówi, tylko patrzy na niego, jakby go chciała przewiercić oczyma. Spodobała mu się jakoś, ale nic nie powiedział, tylko poszedł dalej.
Na drugą noc o tej samej godzinie pokazała się biała, wysoka kobieta i woła:
— Śpisz ty?
— Nie.— Kazał Pan Jezus i święta Anna, żebyś se pojął Kudłę za żonę. Ażebyś pojął, ażebyś pojął, bo inaczej, to ci łeb urwę!
Leśny jeszcze się więcej przestraszył i pomyślał sobie, że chyba trzeba się ożenić z tym wałkoniem, co cały dzień na piecu leży. Poszedł do ich chałupy na śródwieczerz, aż tu widzi Kudłę na piecu jeszcze lepiej umytą i pięknie uczesaną. Podobała mu się jeszcze bardziej, ale że tam zeszło się gości huk, nie miał sposob­ności z nią gadać i poszedł dalej.
Na trzecią noc znów biała kobieta kołacze do okna i mówi:
— Śpisz ty?
— Nie.
— Kazał Pan Jezus i święta Anna, żebyś se pojął Kudłę za żonę. Ażebyś pojął, ażebyś pojął, bo ostatni raz mówię, inaczej łeb ci urwę!
Chłop zerwał się z pościeli, wyleciał przed chałupę — ale tu już nikogusieńko nie było. Tak się zestraszył, że z samego rana poleciał do sąsiadów i cóż widzi: w progu spotyka Kudłę, pięknie ubraną. Ledwie ją poznał, tak wyładniała. Już się więcej nie na­myślał, tylko uderzył do matki o córkę. Matczysko się z chęcią zgodziło, prosiła tylko, żeby nigdy Kudły nie bił. Leśny przyrzekł i tak najpierw były zwiady, a potem wesele.
Zaczęło się gospodarstwo we dwoje. A musiał on chodzić z sa­mego rana do lasu i dopiero potem wracał na śniadanie. Kiedy pierwszego dnia wstał, żona jeszcze spała, a tu dwie krowy rycza­ły w oborze, bo nie miały nic do żarcia. Leśny obrządził bydło i poszedł do swojej roboty, a skoro wrócił, nie było śniadania, ani porządku w chałupie. Patrzy, a Kudła znowu się rozkudłała, wla­zła na piec i śpi.
Z początku nic nie mówił, tylko biedował, jak mógł. Sam sobie garnki mył, sam prał, sam gotował, aż mu się to uprzykrzyło. Wystarał się więc o służbę w innym miejscu, z pięć mil od tej wsi, i wziął Kudłę ze sobą. Ona zaś i na nowym miejscu po sta­remu nic nie robiła, tylko wylegiwała się na piecu. Ale leśny wziął się na sposób.
Miał on starą torbę strzelecką, która wisiała nad łóżkiem. Jed­nego dnia, kiedy szedł do lasu, zaczął do tej torby gadać, że ma ugotować śniadanie, potem posprzątać i zrobić wszystko, co po­trzeba.
— Bo inaczej — powiada — jak z lasu wrócę, to cię okropnie skatuję.
Kudła słucha, nic nie mówi, tylko spod oka ciągle zerka, rychło torba zejdzie z kołka i weźmie się do roboty. Ale torba jak wi­siała, tak wisi, a Kudła śmieje się i mówi do niej:
— Czekaj no, będziesz ty się miała, jak on wróci z lasu.
Leśny wrócił do domu i widzi, że torba nic nie zrobiła, więc zaczyna jej wygrażać:
— Popamiętasz ty sobie teraz! Zaraz my sąd zrobimy! Tu dę­bowy świadek będzie!
I mówi do Kudły:
— Weź no torbę i potrzymaj na swoich plecach, a ja ją dobrze wyłomocę, to ona mnie na drugi raz usłucha.
Kudła się śmieje i myśli, co z tego będzie. Tymczasem leśny przyniósł tęgą pałę i nuże bić torbę na Kudlinych plecach. Kudła w gwałt, a leśny bije i bije. Zbił, ale nie Kudłę, tylko torbę.
Na drugi dzień idzie do lasu znowu i znowu mówi do torby:
— Żebyś mi ugotowała, żebyś wszystko w chałupie obrobiła, bo inaczej, to bym ci znowu nasypał!
Ledwo tylko wyszedł z chałupy, Kudła wyskoczyła z wyrka i dalejże do roboty. Kiedy leśny przyszedł do domu, zobaczył, że wszystko jest w porządku, więc pyta:
— Dziś chyba nie będziemy uczyć torby rozumu?
A Kudła odpowiada:
— O, dziś nie trzeba!
— Tak rób — mówi leśny znowu do torby — to nigdy nie do­staniesz lania.
I tak już dalej było. Kudła codziennie rano wstawała, a kiedy leśny przychodził do domu, wszystko było oporządzone, jak się należy. O torbie nawet zapomnieli i o tym także, że na gospodynię kiedyś leniwa Kudła wołali. Kasia, Kasieńka — było teraz jej imię.
Po długim czasie matka chciała zobaczyć, jak się jej córce po­wodzi, więc pojechała do niej w gościnę.
Jakże się zdziwiła, kiedy zobaczyła u niej takie porządki w izbie i w oborze. Aż się jej serce zaśmiało, że z leniwej Kudły zrobiła się taka dobra gospodyni. I pyta jej:
— Jakże to być może, że u ciebie tak czysto, chędogo, żeś tak pracowita, kiedy w domu nic robić nie chciałaś? On cię pewno bił bardzo, nim cię pracy nauczył?
— Ach, nie — odpowiedziała córka — tylko raz wybiliśmy tor­bę, ale potem już nie było trzeba.
Matka cieszyła się bardzo, a Kasia jakoś na nią patrzy dziwnie raz i drugi, trochę zakłopotana, trochę zmieszana — nareszcie powiada:
— Wiecie, matusiu, co, idźcie na podwórze i przynieście choć kilka drewek, bo w tym domu darmo jeść nie dają…

czwartek, 31 grudnia 2015

Król na polowaniu (tybetańska)

To historia o królu, który pojechał na polowanie i skaleczył się w palec.
W jego świcie był lekarz, więc król poprosił go, żeby obejrzał ten palec. Lekarz obejrzał jego palec i założył mu opatrunek. Król zapytał: „i wszystko będzie dobrze?”. Lekarz odpowiedział: „dobrze, źle - kto to wie?”. To mądra myśl, ale król nie był zadowolony i kiedy wrócił do pałacu po polowaniu, jego palec był czerwony, bo wdała się infekcja. Król zawołał lekarza: „zobacz, z moim palcem jest coś nie tak”. Lekarz zdjął bandaż, posmarował palec maścią i założył nowy opatrunek. Król znowu zapytał: „czy wszystko będzie dobrze?” A lekarz znów odparł: „dobrze, źle - kto to wie?” Królowi nie podobała się ta odpowiedź, ale miał dużo pracy i kazał głupiemu lekarzowi odejść.
Kilka dni później jego palec wyglądał już tak źle, że lekarz musiał go amputować. Jeśli wam by się to przydarzyło, pozwalibyście lekarza. Poszlibyście do sądu i dostali jakieś odszkodowanie. Ale wtedy nie było odszkodowań, więc król wtrącił lekarza do lochu pod pałacem, krzycząc: „ty głupcze, zobacz co się stało z moim palcem przez to twoje "dobrze, źle - kto to wie?" Co teraz powiesz?” I wiecie, co powiedział lekarz? „Dobrze, źle - kto to wie?” Król stwierdził, że to wariat i zostawił go, żeby zgnił w lochu.
Kilka tygodni później, kiedy jego palec się zagoił, wrócił do swojej ulubionej rozrywki, czyli polowania. Tym razem zapędził się daleko w pogoni za jakąś zwierzyną, zgubił swoją świtę i nie wiedział jak wrócić. Błąkał się po lesie, aż został złapany przez ludzi, którzy tam mieszkali. Nie wiedzieli, że jest królem, złapali go tak po prostu. To było w jakieś ich święto, więc zabrali go do kapłana, żeby złożył go w ofierze ich bogom. Związali go i kapłan zaczął odprawiać czary, potem wyjął nóż do składania ofiar i już miał poderżnąć królowi gardło, ale w ostatniej chwili kapłan zauważył, że król nie ma jednego palca. Kazał wszystko przerwać. Powiedział: „jeśli składamy ofiarę bogom, to to nie może być ktoś niedoskonały. On nie jest doskonały; nie ma jednego palca. Uwolnijcie go.” Dlatego, że stracił jeden palec, nie był doskonały i nie mógł zostać złożony w ofierze. Uwolnili go, i wtedy król pomyślał: „cóż za przemądry człowiek z tego lekarza! Straciłem palec i myślałem, że to źle, ale tak naprawdę to było coś dobrego, bo gdybym miał dziesięć palców, to już bym nie żył!”
Jak tylko wrócił do pałacu, skierował się prosto do więzienia, do celi lekarza, otworzył drzwi i powiedział: „jesteś wolny!” i zaczął przepraszać, mówiąc, że lekarz miał rację i opowiedział mu, co mu się przytrafiło i przyznał, że to dobrze, że stracił palec, bo inaczej zostałby złożony w ofierze i już by nie żył. Król czuł się źle przez to, jak go potraktował, więc poprosił go o wybaczenie, mówiąc: „wybacz mi, źle zrobiłem wtrącając cię do lochu”. Lekarz na to: „jak to źle zrobiłeś? Dobrze, że siedziałem w lochu. Bo gdybym nie był w więzieniu, byłbym na tym polowaniu, też zostałbym złapany, a ja mam dziesięć palców!”

czwartek, 23 lipca 2015

Stary burek i wilk (słowacka)

Pewien baca miał psa Burka, który mu przez długie lata, w dzień i noc, czujnie pilnował owiec, tak że wilk nie odważył się nawet zbliżyć do zagrody. Ale cóż, poczciwy Burek na starość zaczął utykać i stracił wszystkie zęby.
- To stare psisko nadaje się już na śmietnik – powiedział baca.
Dochował się bowiem nowego, młodego psa. Pogłaskał go i kazał pilnować zagrody z owcami.
Burek tymczasem leżał głodny na śmietniku i było mu smutno. Gdy nadeszła noc, młody pies zajął jego budę i rozłożył się wygodnie na jego legowisku. Wtedy przyszedł wilk. Stary Burek słyszał go, gdyż spał czujnie. Chciał nawet przeskoczyć ogrodzenie, ale nogi już go nie niosły, bo był zbyt słaby z głodu. Położył się więc smutno i tak myślał: "Jeśli już ja nie mam co jeść, niech ma choć wilk". I nawet nie zaszczekał.
Rano idzie baca doić owce, patrzy, a tu jednej brakuje. Wtedy przyszło mu na myśl:" Mój Boże, gdyby ten stary Burek pilnował stada, wilk nie porwałby owcy!". Przywołał go, pięknie pogłaskał i dał mu dobrze zjeść. A stary Burek łasił mu się przy nodze i skakał z radości. Wieczorem nie poszedł na śmietnik, ani nie położył się w budzie, tylko krążył czujnie dokoła zagrody, bo wiedział, że jeśli wilk odważył się raz, to przyjdzie znowu. I rzeczywiście: wilk czuł się pewny swego i znów przybył. Teraz jednak Burek zastąpił mu drogę:
- Czego tu chcesz?!
- Czego chcę? Owcę, oczywiście! – powiada wilk.
- Zmiataj, zbóju, nie dam ci owcy! – zawarczał Burek.
- No, daj jedną, podzielimy się! Twój pan przecież nic ci nie daje!
- Spółka z wilkiem? Nigdy! – powiedział Burek. – Wczoraj baca, nie dał mi jeść, byłem głodny i słaby, łatwo było ci porwać owcę, ale dziś nakarmił mnie dobrze, więc znowu jestem mocny. Nie dam ci owcy!
- Jeśli nie dasz mi owcy, gotuj się do bitwy! Wiesz co to znaczy? – groził wilk.
- Dobra, dobra, jeśli tego chcesz, myśl raczej o sobie! Jak tylko odprawię służbę przy owcach, zaraz rano stawię się, o, tam, na tej górze, i będziemy walczyć. Zrozumiano?!
Wilk zawrócił i popędził na ową górę szukać sprzymierzeńców. Dyszał zemstą i chciał odegrać się na Burku. Do pomocy pozyskał niedźwiedzia i lisa.
Pies znał dobrze wilka, więc również nie wybrał się sam, lecz wziął z sobą świnię i kota, swoich dobrych przyjaciół z podwórka. Sam wprawdzie kulał na jedną na nogę, ci dwoje też nie byli już tacy młodzi, ale za to byli wiernymi i wypróbowanymi towarzyszami.
Niedźwiedź i lis, jak tylko ich zobaczyli, przerazili się ogromnie.
- Hej, bracia! – zawołał niedźwiedź – patrzcie, ten pierwszy wciąż się po coś schyla, pewnie zbiera kamienie, żeby nas zabić!
A to pies kulał i niedźwiedziowi zdawało się, że to on zbiera kamienie.
- O, widzę drugiego – woła lis – Ten znowu rąbie szablą dokoła!
A to był kot, który zadarł w górę ogon, i lis myślał, że to szabla tak błyska.
Gdy zaś usłyszeli chrząkanie świni, pomyśleli, że tu nie ma żartów, sprawa jest groźna. Niedźwiedź wdrapał się na drzewo, a lis wskoczył między ciernie.
Kiedy nasi przyjaciele doszli do góry, kot zamruczał "mirr, mrrr". Ale lis zrozumiał "cierrrnie, cierrrnie" i wystraszył się, że kot zna jego kryjówkę, i że zaraz go zaatakuje. Uciekł w te pędy. A gdy świnia zaczęła chrząkać pod drzewem "chrrr, chrrr", niedźwiedź zrozumiał "u górrry, u górrry" i wystraszył się: "O, świnia wie, że ja tu siedzę u góry na drzewie i pewnie chce je wyrwać z korzeniami!" - bo świnia właśnie zaczęła ryć pod tym drzewem. Niedźwiedź nie czekał już na nic, tylko skoczył na dół i wiał przez góry, doliny, aż się kurzyło.
I tak wilk został sam, rad, że uratował własną skórę.
A stary Burek szczekał, aż echo niosło się po górach. Cieszył się, że jego przyjaciele pomogli mu przepędzić to dzikie bractwo.
Od tego czasu było już Burkowi dobrze u bacy, aż do samej starości.

sobota, 23 maja 2015

Pustelnia Trzech Krzyży - Z.Nowak

Nigdy by książę Ziemowit - syn Konrada Mazowieckiego - nie ujrzał owej przedziwnej sceny w leśnej pustelni, gdyby na widok zwalistego niedźwiedzia zrazu sięgnął po ostry oszczep i machnął nim, jak to jeno on potrafił. Na szczęście nie sięgnął i nie machnął.
A nie sięgnął po broń jedynie dlatego, że w tym samym momencie, w którym akurat przechylił się odrobinę do tyłu za siodło, gdzie w skórzanych tulejach dzierżył oszczep myśliwski, raptem dostrzegł coś nieoczekiwanego. Coś, co nieco uśpiło jego łowiecką pasję, natomiast rozbudziło najzwyklejszą ludzką ciekawość.
Potężne szarobrunatne niedźwiedzisko, człapiące na dwóch tylnych łapach, dźwigało bowiem przed sobą niezwyczajny ciężar. Na szerokich łopianowych liściach niosło ogromną bryłę złocistego miodu, najwidoczniej dopiero co wydłubaną z leśnej barci, z sosnowej dziupli kryjącej w swym wnętrzu królową pszczół wraz z pracowitym rojem.
- Oooo, a dla kogóż to kosmaty taszczy ów borowy smakołyk? - mruknął zdumiony książę Ziemowit wprost w końskie ucho. I, nie doczekawszy się odpowiedzi, pytał dalej: - Może niesie go niedźwiedzicy, niedomagającej z przeziębienia albo ochrypłej od nawoływania niesfornych malców? A może niesie go małym niedźwiedziątkom kapryszącym na codzienne jadło i oczekującym odmiany? Spróbujmy to sprawdzić, koniku. Zatem, sza! Ostrożnie i po cichuśku pośpieszajmy za burym zwierzem, aby nie dostrzegł nas przed czasem i w gniewie swoich planów nagle nie zechciał odmienić.
Jak książę mazowiecki postanowił, tak i uczynił.
Najsampierw zlazł z kobyłki, by - kryjąc się wśród tu i ówdzie prześwitującej leszczyny - ruszyć w ślad za kudłaczem. Musiał przy tym baczyć na zachowanie bezpiecznej odległości. Czyli takiej, która pozwalałaby mu pozostawać nie zauważonym przez niedźwiedzia, zwierza niezbyt chyba ufnego, gdyż co i raz oglądającego się na boki oraz do tyłu.
Szedł więc ostrożnie za kosmatym, szedł, aż wyszedł na skraj niewielkiej polany.
„Strzeżonego dobry Pan Bóg strzeże" - pomyślał sobie wtenczas i na wszelki wypadek poza granicę zarośli nie wylazł. Jedynie dostojny nos wysunął spośród listowia.
- Oooo, cóż my tu widzimy, koniku? - sapnął z przejęciem do stojącej tuż za nim kobyłki. - Przed nami leśna buda z sosnowych pniaków. Taka, w jakiej drwale albo smolarze mieszkają. Czyżby monarcha niedźwiedziego plemienia osiedlił się nie w mrocznej grocie jako inne misie, lecz w chatynce wzniesionej na podobieństwo ludzkich siedzib? Eeee, niemożliwe. Dziki zwierz, nawet najzmyślniejszy, nie może przecie żyć na równi z rozumnym człekiem. Nieprawdaż, koniku?
Wszystko wyjaśniło się w następnej chwili.
Na głośne i pełne radości pomrukiwanie kudłacza z chałupki wylazła wcale nie chora niedźwiedzia samka i wcale nie łakome niedźwiedziątka, lecz zwyczajny człowiek. Chudy i długi jak chmielowa tyka starzec z łokciową brodą, mocno już pochylony ku ziemi. Za nim wysunęło się dwóch innych bosonogich chudeuszy, równie wiekowych jako ten pierwszy.
„Pustelnicy! Ludzie z borowej samotni! - domyślił się książę Ziemowit. - Trzej pustelnicy, o których Przemko Czarnywilk gadał na płockim dworze, iż gdziesik tutaj żyją w dzikim ustroniu.
Dobrego Pana Boga szczerze chwalą od świtu do zmierzchu, a i o zwierzynę Bożą troszczą się bez ustanku. Złamane nożęta oraz skrzydełka nastawiają cierpliwie i bez nijakiego bólu. Rany zaś mazidłami utartymi z ziół smarują.
Ludzi zbłąkanych w puszczy na właściwą drogę wyprowadzają, nie pozwalając niebożątkom zmarnieć z głodu i z pragnienia. Ani chybi święci to staruszkowie. I co najmniej od stu lat sławni na caluchnym Mazowszu".
Tymczasem niedźwiedź wyciągnął łapy ze słodkim ciężarem w stronę pustelników i zamruczał łagodnie, jakby chciał powiedzieć: „Weźcie miód, bardzo proszę! Wam go w darze przyniosłem. Jedzcie, mężowie święci. Na zdrowie!"
-  Dzięki ci, misiu! Poczciwy z ciebie zwierzak. I serce masz szczerozłote - odpowiedział pierwszy z pustelników na niedźwiedzie mruczando i odebrał miód od kudłacza.
-  Lipowy miód nie tylko nam się przydaje, misiu.   I  nie  tylko  zbłąkanym  wędrowcom.   Także zwierzętom z różnych krańców boru - dodał drugi.
-  Bo głównie z ziół,  ale również i z miodu, i z wosku leki sporządzamy dla wszystkich istot będących w potrzebie. Wszakże i ty dobrze wiesz z niedawno przebytego choróbska, iż na przeziębienie  nie  ma  lepszego   środka  nad  miód  i  masło rozpuszczone w gorącym mleku - dorzucił trzeci, po czym drapiąc niedźwiedzia za uchem odprowadził go na przeciwległy brzeg polany, tam gdzie las łagodnym zboczem począł schodzić ku Wiśle.
-  Oooo,  cóż  za  cudowny  widok!   Scena,  jaka może ukazać się jeno we śnie po smakowitej wieczerzy! - westchnął książę Ziemowit i przetarł powieki, lecz zaraz potem mocno się uszczypnął. - A przecie nie w sennych majakach, ale na jawie wszystko to tu widzę. Straszliwy zwierz z własnej woli przynosi świętym ojcom jadło wydłubane z pszczelej barci. Przewielebny biskup Gosław Gryfita w Płocku zapewne mi nie uwierzy, gdy przy najbliższej okazji opowiem mu, com widział pomiędzy Warszewą a Jazdowem. No, ale dosyć rozmyślań. Chyba pora najwyższa, bym się onym świętym pustelnikom pokazał wreszcie na oczy.
Podróżnego, wyłażącego z lasu i wiodącego konia za uzdę, mieszkańcy puszczańskiej samotni powitali serdecznie.
-  Siądź na tym tutaj pieńku, wędrowcze, i odsapnij  kapkę,  bo  z  pewnością  strudzonyś  drogą - zaprosił przybysza pierwszy z pustelników, ten przypominający długą tykę.
-  Głodnyś? Oto łyżka, wędrowcze. Prosimy, nie odmawiaj skromnego poczęstunku. Wszakże czym chata bogata,  tym gościowi  rada!  - rzekł  drugi i postawił przed księciem glinianą miseczkę z tłuczonymi orzechami wymieszanymi z miodem oraz dzbanek kryształowo czystej wody z pobliskiego źródełka.
-  Powiadaj, skąd łaskawy Pan Bóg prowadzi? I  dokąd? - zagadnął  grzecznie trzeci.   I  szybko dodał: - A może nie wzgardzisz noclegiem i zatrzymasz się u nas do rana, wędrowcze?
-  Poczęstunek przyjmuję z wdzięcznym sercem. Jednakże pozostać tu dłużej nie mogę, gdyż oczekują mnie druhowie w książęcym gródku.
-  Mówisz o kasztelu na wysokiej skarpie ponad Wisłą? Tym, który Jazdowem zowią? - zainteresowal się pustelnik z długą brodą. - Do księcia mazowieckiego Ziemowita dzisiaj należy, przedtem zaś do jego ojca, srogiego Konrada. Wielcy panowie zatrzymują się tam zwykle, gdy wraz z księciem udają się na łowy w okoliczne ostępy. Czyżbyś i ty byl wielkim panem, wędrowcze? Oj, co ja gadam! Przecie to widać i po atlasowym kaftanie, i po zacnej kobyłce, i po siodle bogato zdobionym srebrnymi ćwiekami!
Książę machnął lekceważąco ręką.
-  Nie o moim kaftanie chciałem teraz gadać i nie o mojej kobyłce, jeno o tym, jakże wam się żyje w tej głuchej samotni? - powiedział i sięgnął łyżką do miseczki. - O zapasy miodu dba dzikie niedźwiedzisko, co widziałem przed chwilą na własne źrenice. Skąd jednak bierzecie orzechy, święci mężowie? Bo chyba nie  chcecie mi wmówić,  iż na stare  lata skaczecie po drzewach niby lekuchne wiewiórki?
-  Prawie zgadłeś, wędrowcze. Cha, cha! My nie, lecz właśnie wiewiórki. One, nie kto inny. Cha, cha! - roześmiała się chmielowa tyka. - Ale nie tylko niedźwiedzie  i  wiewiórki  z  boru  dbają o  nasze żołądki. Zające troszczą się o dziką marchew i o kalarepę. Jeże jabłka nabite na kolce znoszą nam przez lato i jesień. Borsuk maliny i jeżyny zbiera. O borówki zaś stara się zaprzyjaźniona rodzina zaskrońców. Jak widzisz, spiżarnię mamy zaopatrzoną wcale nie gorzej od tej na dworze książęcym. Zresztą, szczęście w życiu nie z nadmiaru jadła i nie z pełnego brzucha się bierze.
Książę pogryzł, co miał w ustach, przełknął i dopiero wtenczas zapytał:
-  Nie? A z czego?
-  Z dobrych uczynków, wędrowcze. Powinieneś wiedzieć, iż życie ludzkie bez dobrych uczynków byłoby jak rzepa gotowana bez źdźbła soli, jak gnat bez tłustego szpiku, jak makówka pozbawiona ziaren maku!
Przez całą drogę z pustelni aż do Jazdowa, myśliwskiego kasztelu zawieszonego na wiślanej skarpie, książę rozmyślał nad słowami siwobrodego mędrca.
Toteż bardzo zdziwiła się drużyna łowiecka, kiedy książę Ziemowit, ledwie wjechał na gródkowy dziedziniec, zadał wszystkim pytanie:
-  Z czego bierze się szczęście w życiu?
Najpierw odpowiedziała mazowieckiemu księciu cisza, potem głośne jąkania, a dopiero po dłuższej chwili rozwiązały się ludzkie języki. Runęła lawina określeń. Rozmaitych. Mądrych, mniej mądrych i takich sobie. I choć było ich naprawdę wiele, nikomu nie udało się trafić celniej do tarczy od świętego pustelnika z leśnej samotni.
Od owego spotkania na polanie książę Ziemowit starał się pamiętać o mieszkańcach pustelni i od czasu do czasu przez dworskiego sługę posyłał świętym ojcom kosz pełen jadła, jakiego dzikie zwierzęta w borze znaleźć nie mogły: wędzonych ryb, kaszy białej i palonej oraz serów.
Któregoś razu pacholik wrócił do kasztelu ze straszliwą wieścią:
-  Na pustelnię napadła gromada okrutnych zbójów! Wiem to od zielarza, który legł w gęstej paproci i wszystko widział oraz słyszał. Zbójcy skarbów szukali, klejnotów, złota albo srebra.
Nie chcieli wierzyć, iż książę świętym mężom w darze jeno żarcie posyła. Maczugami tłukli biedaczków, aby im wyjawili, gdzie schowali otrzymane prezenty. Wreszcie związali ich jak barany i zawlekli w las.
- Na koń, druhowie! - wykrzyknął książę i skoczył do drzwi. - Pośpieszajmy świętym ojcom z pomocą!
Popędziła drużyna książęca, ile sił w końskich kopytach, ale za późno. Długo przetrząsano okoliczne ostępy. Niestety, nadaremnie. Nawet tyciego śladu po trzech porwanych pustelnikach wojowie nie naszli. Śladu nie pozostawili po sobie też i okrutni rozbójnicy.
Do kasztelu powrócono więc z niczym.
W miejscu, gdzie przez lata żyli święci mężowie, książę mazowiecki Ziemowit kazał postawić trzy wielkie krzyże z twardego modrzewiowego drewna. Wielkie, jak wielkie były serca świętych pustelników. To właśnie od tamtej pory polanę z rozpadającą się ze starości budą i puszczacy, i mieszkańcy pobliskich wsi poczęli nazywać Pustelnią Trzech Krzyży.
Po wielu, wielu latach, kiedy puszcza mazowiecka ustąpiła przed toporami drwali, a wieś Warszewa stała się miastem Warszawą, Jazdów zaś Ujazdowem, Pustelnia Trzech Krzyży została najpierw nazwana Placem Złotych Krzyży, a potem imieniem doskonale znanym do dziś wszystkim warszawiakom: Placem Trzech Krzyży.
Nikogo chyba nie zdziwi, iż legendę o trzech świętych pustelnikach wykorzystał król August II Mocny i od miejsca, na którym niegdyś wznosiły się trzy Ziemowitowe krzyże, kazał poprowadzić - modną wówczas w Europie dla procesji - Drogę Kalwaryjska z 28 kaplicami, wiodącą przez wieś Ujazdów aż do Grobu Chrystusa zbudowanego niedaleko Zamku Ujazdowskiego.
Jedynie ludziska bardzo uczeni, siedzący po uszy w starych księgach, wiedzą, że królewska Droga Kalwaryjska to niemal dzisiejsze Aleje Ujazdowskie ze sławnymi Łazienkami, ulubiona trasa warszawskich spacerów.

wtorek, 19 maja 2015

O tym, jak Janosik przez piekło wędrował - A.Żak

Zabili Janosika na liptowskiej ziemi. Trzy dni wisiał na haku, fajkę sobie kurzył, a gdy śmierć nadeszła, jeszcze jej zaśpiewał:
„Hej, idę w las, piórko mi się migoce, 
hej, idę w las, dudni ziemia, kaj kroce..."
Ale nie w las wyruszyła dusza Janosika - jeno do piekła. Pewnie wolałaby do nieba, lecz Janosik honorny był zbójnik i ani myślał pchać się tam, gdzie go nie czekają.
- Zbójowałem całe życie, to mnie tam nie wezmą - mruknął do siebie i z pistolcami za pasem ruszył pod ziemię.
Od Liptowskiego Mikulaszu droga była prosta. Wskazał mu ją diablik, mały, wystraszony, wyraźny respekt czujący przed sławnym zbójnikiem. Janosik maszerował raźno, prosto jak strzelił ku Tatrom, bo po drodze, koło Trzech Koron, była brama piekieł. Znalazł ją bez trudu i zakołatał. Zadudnił pięściami i nic. Cisza!
-  Ki diasi! - zaklął. - Śpią czy co?
I dalejże burzyć po furcie. A kiedy i to nie pomogło, podsadził się krzepko. Skrzypnęła zawora, zatrzeszczały dyle. Podsadził się raz, drugi, aż go zza bramy głos gniewny doleciał:
-  Na rogi Belzebuba! A cóż to za hałas? Kto tam?
-  Ja!
-  Coś za jeden?
-  Janosik! Zbójnicki hetman!
-  Prawda to?
-  A jakże - obruszył  się zbójnik.  - Otwieraj szybko! - I grzmotnął obuszkiem po drzwiach.
Zaszwargotało, zachrobotało coś w odpowiedzi i powoli, powoluśku rozwarły się piekielne podwoje. Ostrożnie wyjrzała zza nich rogata łepetyna.
-  Czego chcesz?
-  A tego! - zgniewał się Janosik takim powitaniem i podsunął zaspanemu odźwiernemu obuszek pod ślepia. - Puszczaj!
-  Kiedy nie mogę - wił się diabeł - bez rozkazu nie mogę!
-  Możesz czy nie możesz, wszystko jedno - huknął Janosik i nie bacząc na diabelski lament, postąpił naprzód. Ledwo jednak przekroczył próg, nie wiadomo skąd wyrósł przed nim tuzin kosmatych strażników. Wyciągnęły się ku niemu szponiaste łapy, klapnęły szczerbate paszcze. Poczuł, jak szarpią go za cuchę*, za włosy, za bary.
Zachwiał się zbójnik pod diablą nawałą, ale powalić Janosika, ho, ho, nie udało się nawet cesarskim żandarmom. Siepnął się w lewo, w prawo i puścił w ruch obuszek jak w liptowskiej karczmie. Zakłębiło się, zakurzyło w piekielnym przedsionku. Jak świat światem jeszcze takiej bitki w piekle nie widziano. Aż żal było patrzeć na diabelski pomiot! Żaden z napastników nie wyszedł bez szwanku. Starszy diabeł Smerda stracił cztery zęby. Rokitka miał róg złamany, a pięć czarcich chwostów, nie licząc funta kłaków, wymietli później spod bramy diabli posługacze.
Nie ma co, sromotną klęskę ponieśli piekielni strażnicy i pewnie by większego uszczerbku doznali, gdyby nie Infernus.
Ów diabeł znamienity drzemał nad księgami, znużony czytaniem wciąż tych samych grzechów, gdy dotarły do niego bitewne hałasy. Puściłby je mimo uszu, boć to nic dziwnego w piekle, ale że od lat tysiąca ślęczał nad księgami, postanowił rozprostować kości. Podreptał więc do bramy i aż plasnął w dłonie.
-  Brawo! Znakomicie! Brawo!
-  A cóż to za licho - zdumiał się Janosik, ujrzawszy przed sobą postać odzianą w powłóczystą suknię i czarny ogromniasty beret.
-  Doktor Infernus - skłonił się uprzejmie. - Nadworny poeta księcia Belzebuba. Ale nie mówmy o mnie. Och! - tupnął nogą na czającego się w mroku Smerdę i jego kamratów. - Precz! Apage*!
A kiedy pokiereszowana czereda czmychnęła na samo dno piekła, zwrócił się ku zbójnikowi:
Bravissimo, caro mio*! Jak cię zowią, zuchu?
-  Janosik!
-  Janosik! A z których to Janosików? - zachwycony Infernus aż wzniósł się w powietrze, by się lepiej przyjrzeć postaci zbójnika.
-  Od Tater! - nie stracił rezonu Janosik, oszołomiony uczonym wyglądem i składnością mowy Infernusa.
-  Od Tater! - zapiał uradowany poeta. - Znam! Czytałem. W diabelskim rejestrze cuda wypisano, lecz nie myślałem, że to wszystko prawda! A niechże cię! Czy to nie ty wywiodłeś w pole kirasjerów* cesarki Tereski?
-Ja!
-  I porąbałeś w gospodzie węgierskich hajduków?*
-  A jakże! Sami tego chcieli!
-  Niech mnie uwędzą w dymie - podskoczył Infernus i, nie wierząc własnym oczom, uszczypnął się w ogon. - Napiszę o tym sonet. Co mówię? Poemat!  A teraz chodźmy.  Wstawię się za tobą u samego księcia Belzebuba, bo to pospólstwo spokoju  ci nie  da.  Z  drogi!  - ryknął  gniewnie na mamrotającego   coś   jeszcze   diabła   odźwiernego. - Nie widzisz, głupcze, z kim masz do czynienia?!
I powiódł zbójnika w piekielne czeluście. Dobrych parę lat ziemskich trwała ta wędrówka, ale że w piekle czas liczą inaczej, zdawało się Janosikowi, iż to tylko chwila. Napatrzył się po drodze diabelskich bezeceństw i nieraz go chętka brała, by kogoś wygrzmocić. Zwłaszcza tych, co nad miarę krzywdzili grzeszników. Hamował go Infernus, sztuczkami odwodził, ale zbójnik nawet tu, w piekle, obstawał przy swoim. Żal mu było biedaków i basta!
Gdzie się pojawili, strach padał na czarty, bo Janosik klął po madziarsku i machał obuszkiem, aż podkuliwszy ogony chowały się z piskiem, dając chwilę wytchnienia swoim potępieńcom.
Wreszcie któregoś południa - a poznali to po zapachu wędzonki, na której w piekle warzy się kapuśniak, oczywiście z drucianych wiórów i starych sznurowadeł, by dręczyć nim pasibrzuchów i innych łakomców - znaleźli się w płonącej komnacie.
W świetle tysiąca ogni, na rozżarzonym do czerwoności tronie drzemał władca piekieł. Już od progu Infernus szastnął w dwornym reweransie*.
-  Witam cię, najmroczniejszy panie! Witaj, piekieł ozdobo naj...
Potężne jak grzmot chrapanie zagłuszyło jego słowa.
-  Witam cię - wrzasnął więc raz jeszcze, ale choć nie żałował gardła i tym razem odpowiedzią był tylko odgłos przypominający hurgotanie skalnych lawin.
-  Nie dacie rady, panie! - podrapał się w głowę zbójnik. - Cosik mi się widzi, że śpią! Chyba że...
-  Co? - nastawił ucha Infernus.
-  ...  że mu  zaśpiewamy!  Jeszcze  się taki  nie narodził, co by przy tym spał! - I nie czekając wyciągnął jak na hali:
W murowanej piwnicy tańcowali zbójnicy, 
kazali se piknie grać i na nóżki spozirać. 
Tańcowałbyk, kiebyk móg, kiebyk ni mioł krzywyk nóg, 
a ze krzywe nogi mom, co podskoce, to sie gnom!
Góralska melodia zadzwoniła o ściany piekielnej komnaty. A była tak skoczna, że ani się spostrzegł Infernus, jak z początku nieśmiało, a potem coraz głośniej zawtórował zbójnikowi:
Ej ty baco, baco nasz,
tęgich chłopców ma zbój nasz...
I dalejże w tany. Zawirowała góralska cucha, potoczył się w kąt beret diabelski. Nagle coś obok nich świsnęło i zaskrzeczało okrutnym głosem:
-  Do stu milionów diabłów! A cóż to za wrzawa! Hej, jest tam kto? Do mnie!
Na dźwięk tego głosu skulił się Infernus i porwawszy swój beret zamiótł nim podłogę.
-  Witaj, najdostojniejszy panie! To ja, Infernus!
-  Infernus? - zamrugał ślepiami Belzebub. - Nie słyszałem!
-  Ależ to twój nadworny poeta - pochylił się do ucha władcy szambelan Belial. - Autor nieśmiertelnego poematu na cześć twego najwspanialszego, najdostojniejszego ogona!
-  Ogona? brawo, brawo! Nie czytałem! A ten drugi? - płomieniste spojrzenie Belzebuba omiotło postać Janosika.
-  Janosik! Zbójnicki hetman - gibnął w ukłonie zbójnik.
-  Hę? - skrobnął się za uchem czart nad czartami. - Zbójnik? Czy to ten, co w piekle brewerie wyczynia? Kto go tutaj wpuścił?
-  A nikt! - wziął się pod boki zbójnik. - Sam przyszedłem. Zbójowałem całe życie, to gdzie miałem iść?!
-  Zabijał, rabował, palił! To wszystko prawda, najmroczniejszy panie - zasyczał u boku władcy Belial.
-  Ho, ho! Zbójnik z niego siarczysty - przyświadczył drżącym falsetem Infernus. - A jak porąbał Smerdę, to znaczy... pardon!* Chciałem powiedzieć węgierskich hajduków!  O tu! Wszystko to zapisane! - i podsunął pod nos księcia piekieł pogryzmoloną, grubą księgę.
-  Ale czynił to w obronie biedaków. Dlatego nie do was, nie do was należy! - Głos, który się odezwał, był cichy jak fletnia i taki łagodny, że z jeżyła się szczecina na diabelskich grzbietach.
-  Co? Nie do nas? - prychnął pianą z pyska Belzebub.  - Kto to powiedział? - i tak  rąbnął berłem w kocioł wrzącej smoły, że mu chlupnęła na skudloną brodę.
-  Ja - odparł z anielską słodyczą głos. - A teraz pójdź, zbójniku, za mną śmiało. Nie lękaj się piekielnej mocy!
-  Ale pił, z dziewkami się zmawiał! - potrząsał diabelską księgą zrozpaczony Infernus. - Tu wszystko jest!
-  Pił za swoje. A to, że z dziewkami, hmmm! - westchnęło coś w powietrzu. - I to mu zostanie wkrótce przebaczone. Za ten chleb dawany sierotom, wdowom i bezdomnym uzyskałeś, zbójniku, łaskę przebaczenia. Łzy, które otarłeś, zmyły twoje winy. Pójdź, pójdź za mną!
I ruszyli nie zatrzymywani przez nikogo. A kiedy odeszli, jeszcze długo w piekle srożył się Belzebub, przeklinając niezręczność diabelskich sługusów. Najgoręcej jednak bolał nad utratą swego kompana poeta Infernus. Ponoć po dziś dzień snuje się smutny po piekle, układając strofy swego poematu. Usiłuje też sobie przypomnieć słowa i melodię owej wartkiej pieśni. Ale na próżno, nic mu nie wychodzi.

wtorek, 5 maja 2015

Skarby w Tęczynie - M.Krüger

Bardzo starzy ludzie opowiadali zawsze, że w ruinach zamku w Tęczynie ukryte są skarby.
- Ho, ho! - powiadali - skarby to są tak ogromne, że gdyby je kto znalazł, to do końca życia by mu wystarczyło na wszelki dostatek.
Próbowali więc różni śmiałkowie odnaleźć drogę do podziemi, w których te drogocenności miały być schowane, ale nikt nie ośmielił się wejść bodaj do pierwszej piwnicy. Aż wreszcie, jak powiadają starzy ludzie, znalazł się jeden taki chłopak, który sobie powiedział, że niczego się nie boi, a skarby odnajdzie. I wybrał się do ruin zamkowych.
Noc była wtedy księżycowa, jasna, droga do zamku w Tęczynie łatwa do znalezienia. Chłopiec szedł śmiało i wcale, a wcale się nie bał. Gdy stanął przy wejściu do ruin, zdumiał się ogromnie. Wejście było przystrojone, jakby na jego przybycie, schody wiodące do piwnic wyłożone pięknym czerwonym   suknem,   zatknięte   w   ścianach   łuczywa oświetlały mu drogę. Zszedł więc szybko w dół i znalazł się w pierwszej piwnicy.
Było tam pełno cennych szat i drogich sprzętów, a na straży stały trzy duże czarne psy. Warczały groźnie i zdawało się, że lada chwila rzucą się na śmiałka. Ale chłopiec nie zląkł się psów. Zawołał na nie, podszedł bliżej, pogłaskał po ogromnych łbach i psy łasząc się przypadły mu do nóg. Chłopiec rozejrzał się po tej pierwszej piwnicy, ale zaraz spostrzegł, że przez nią przejść można do następnej.
Poszedł więc dalej po czerwonym suknie, którym wysłana była droga przez podziemia, i wszedł do drugiej piwnicy. Pięknie tu było, bo wszystko lśniło od srebra. W beczkach i skrzyniach lśniły srebrne pieniądze, wokoło leżały drogie srebrne naczynia, a na straży tych skarbów stały warcząc trzy ogromne psy, dużo większe od tych, które były w pierwszej piwnicy. I tym razem chłopiec nie uląkł się ich. Śmiało wyciągnął rękę, pogłaskał je i po chwili wszystkie trzy psy łasiły się pokornie do niego. Rozejrzał się chłopiec wśród srebrzystych skarbów i dostrzegł, że w głębi piwnicy znajdują się wrota, za którymi wiodła wyłożona czerwonym suknem droga przez podziemia.
Pełen otuchy chłopiec powędrował po czerwonym suknie w głąb tęczyńskich podziemi i stanął wreszcie na progu trzeciej piwnicy. Aż oczy przesłonił, taki blask bił od znajdującego się tam złota. Trzy jeszcze większe psy warczały groźnie, a głos ich był tak potężny, że przypominał grzmot wodospadu. Roześmiał się chłopak, psy warczące pogłaskał i szedł po czerwonym suknie, bo droga wiodła jeszcze dalej - do czwartej podziemnej komnaty.
Kiedy wreszcie stanął na jej progu, oczom swym nie chciał wierzyć. Nigdy w życiu nie śniło mu się nawet podobne bogactwo. W piwnicy jasno było jak w słoneczny dzień, takim blaskiem świeciły rozsypane wokoło drogocenne kamienie. Mieniły się tęczowymi blaskami, przepiękne, różnobarwne. Chłopiec zrozumiał, że dotarł do najgłębszej piwnicy tęczyńskiego zamku, że oto znalazł skarby, o których opowiadali ludzie z okolicy. Już miał się schylić, aby wziąć garść drogocennych kamieni, gdy naraz zobaczył tuż przy swoich nogach pełzającego węża. I tak się tego węża przestraszył, że aż krzyknął. A zaledwie krzyknął, zgasły wszystkie klejnoty, wokoło zrobiło się ciemno i strasznie, nie było już jasnego światła ni drogi wysłanej czerwonym suknem. Chłopiec po omacku, z trudem odnalazł drogę do wyjścia, ale już nigdzie w żadnej piwnicy nie było skarbów. Były to bowiem skarby, które mógł zdobyć tylko ten, kto nie znał strachu.
I już od tego czasu nikt i nigdy nie szukał skarbów w ruinach tęczyńskiego zamku.